Zwiastowanie NIEMOŻLIWEGO
Cześć Ci, drogi Czytelniku!
Kiedy kolejny już raz obchodzę w swoim przeszło już trzydziestoletnim życiu pewną kościelną uroczystość, a myślę o Zwiastowaniu Pańskim, kiedy kolejny to już raz słyszę prawie na pamięć znany mi fragment z Ewangelii św. Łukasza o tym, jak do Maryi przychodzi Gabriel i mówi Jej o tym, że została wybrana na Matkę Bożą, zadziwia mnie jedno zdanie i przywołuje ono naprawdę setki, tysiące, jeśli nie jeszcze więcej sytuacji, jakie działy się w tym wspominanym moim życiu. Zdanie, o którym tutaj teraz rozmyśliwuję to: "Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego" (Łk 1, 37)
I przecież naprawdę wielokrotnie, może mniej lub bardziej świadomie, uniknąłem śmierci, na pewno choroby, może jakiegoś blamażu, kompromitacji, w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Na pewno nieraz, choć sam pchałem się w kłopoty wszelakie, wychodziłem z nich jakoś obronną ręką, bądź nie bolało to tak, jak mogłoby zaboleć. Wydaje mi się, że mniej więcej każdy z ludzi, w tym i Ty, na pewno ma takie sytuacje - nawet w pełni świadomych moich słów, może być ktoś tutaj niewierzący, lub "wierzący inaczej", to również jakieś te nitki Opatrzności, czy jak kto tam woli to sobie nazywać, doprowadziły delikwenta do akurat takiego, a nie innego miejsca, bo naprawdę mogło być dużo gorzej. Niewiadomych w równaniu, jakie nazywa się "życie", mogą być miliony, miliardy nieprzewidzianych łańcuchów przyczynowo-skutkowych. Ale właśnie Siła Wyższa doprowadziła i Ciebie do takiego akurat stanu.
Można wówczas spekulować o konkretnej sytuacji, bądź też o samym początku niniejszego prowadzenia w tej wszechmocy Bożej. Nie jest to zadanie z natury swej łatwe, jednakże sam pokuszę się o takie wniknięcie do swoich początków.
Otóż od dziecka wiem od rodziców, że były ogromne problemy z pojawieniem się mnie na tym świecie. Moja mama, nieświadoma jeszcze, że nosi mnie pod swoim sercem, pomagała w ciężkiej pracy na roli podczas żniw. Wówczas strasznie się rozchorowała, a co za tym idzie, dowiedziała się w konsekwencji swoich czynów, że spodziewam się dziecka. Byłbym czwartym z kolei z rodzeństwa, jednak z tego, co wiem, brat przede mną żył raptem parę dłuższych chwil i zmarł. Wyobrażając sobie traumę z tym związaną, gdzie wówczas stanowiło to jakby temat tabu, mało kto się w ogóle zastanawiał nad tego typu przeżyciami, dowiedziawszy się, że na starcie mojego życia już są jakieś kłopoty, ginekolog odradzał mamie prowadzenie "ciąży". Raczej został podjęty wyrok śmierci. Ale moja nieugięta mama zdecydowała się na urodzenie mnie. Szło za tym kilka konsekwencji, jak leżenie przez cały okres "ciąży", każdego dnia mogła zjeść tylko pół suchej bułki i pić jedną herbatę, w dodatku gorzką, czego moja mama nienawidzi po dziś dzień, ale najpoważniejszą chyba konsekwencją, jaka mogła się pojawić, i z jaką trzeba byłoby się liczyć poważniej (sic!), to fakt, że dojść miało do wyboru - "albo ratujesz swoje życie, kobieto, albo ratujesz dziecko, które i tak co najmniej będzie niepełnosprawne, jeśli w ogóle przeżyje". Do dziś świadomość tego pomaga mnie samemu, kiedy naprawdę zdenerwuję się na swoją mamę, uspokoić się, nie kłócić, nie pyskować, a przynajmniej nie tak, jak potrafię. a kto mnie zna lepiej wie, na co mnie stać, heh.
I kiedy doszło do tego dnia, dnia moich urodzin, wieczorem pewnego dnia marca na tym świecie pojawił się autor tego wypoconego felietonu - zdrowy, silny, nie pamiętam już, ile tam punktów dostałem w tej skali noworodków, ale niemało, ważący całe pięć kilogramów ja. Mama natomiast żyje po dziś dzień, nie powiem, ile ma lat, bo moje życie właśnie by się tu skończyło, ale żyje ze mną te przeszło trzydzieści lat, i choć jest trochę chorowita, to jednak cieszy się życiem w najlepsze.
Piszę to dziś, żeby zaświadczyć, że ten zły atakuje dziś poczęte życie, także tego, kto sam miał możliwość się urodzić. Piszę to po to, żeby w tych szalonych czasach być sobą. I jako ten właśnie, ja chcę być murem dla tych, którzy postanawiają zabić swoje dziecko nienarodzone. Bo możesz tłumaczyć to sobie jak tylko uważasz, ale to nie jest jakiś tam płód - to płód ludzki, człowiek, na litość Boską! Piszę to w czasie, kiedy Putin nie przestaje atakować Ukrainy i jest krytykowany za to, że zabija, że łamie ludzkie prawa, że na niego są sankcje, ale jednocześnie wszystko w porządku z tymi, którzy dokonują lub nawołują do aborcji, jeszcze chcą do niej praw! No naprawdę widzisz tu jakiś sens? Piszę tu wreszcie jako to dziecko, które miało być "warzywkiem", mówiąc kolokwialnie, a chyba nie jest ze mną aż tak źle, skoro mogę to pisać, umiem, nauczyłem się i staram się to robić w jakimś tam swoim stylu, do przyjęcia przez jakieś tam grono czytelników. Może medycyna w Polsce wyglądała biedniej te trzydzieści lat temu, ale na Boga... I wtedy i dziś - "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego"!
Wierzę, że może nie tyle słowa jakiś biskupów, te z góry, pomogą innym ludziom się po prostu urodzić, choć wierzę gorąco w ich potencjał, hehe. Wierzę, że przede wszystkim modlitwa może wszystko, ale i wierzę, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek to przeczyta, może jedno, może tylko jedno jedyne dziecko uratuję także i literą, jaką tutaj piszę. Jeśli tak będzie - było warto.
I pamiętaj - nie martw się, "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego"!
![]() |
| Na zdjęciu piękny i gładki ja z moją Mamą i środkową Siostrą - jak już mnie będą zabijać za to zdjęcie to już na świadków Was biorąc - będzie wiadomo, czyja to sprawka ;) |




Komentarze