ODKRYĆ TRIDUUM PASCHALNE - "wykonało się" pewnego piątku...

 

Na przełomie dziejów nic się nie zmieniło - Jezus z miłości wciąż zeń nie schodzi, a my, patrzący się na to reagujemy skrajnie...

Jak podaje każdy szanowany komentator liturgii na dzień Wielkiego Piątku, tego dnia nie sprawuje się Eucharystii. Może zdanie oczywiste, ale podkreślmy tę jedną rzecz – jest jeden jedyny dzień w całym roku, pod jakimkolwiek kątem byśmy nań nie patrzyli, czy to byłby rok kalendarzowy, rok szkolny, rok liturgiczny, etc. Jest jeden dzień, kiedy nie ma Mszy Świętej, w ogóle (sic!). To wręcz niesłychane, chciałoby się powiedzieć, niemały skandal! Ale jednak powód takiego stanu rzeczy jest poważny – oto upamiętniamy ostatnie chwile Jezusa, Syna Bożego na naszej ziemi. Zapanowuje złowroga iście cisza, organy uroczyście milkną, wszelkie dzwonki, gongi i sygnaturki, tak często używane w liturgiach wszelkiej maści również zdają się również okryć tą aurą – nie przesadzając – żałoby. Sam wystrój kościoła, a właściwie jego brak, bo naszym oczom ukazuje się ogołocony ołtarz, puste tabernakulum, bo Jezus jest w tzw. Ciemnicy, nie wspominając o braku jakiegokolwiek kwiatka i innych elementów, że tak to nazwę, infrastruktury ozdobnej świątyni, nie wspominam nawet.

Kapłan, który w asyście służby liturgicznej w absolutnej ciszy pierwsze, co w ogóle zrobi, to gruchnie w szatach liturgicznych na posadzkę kościelną w pozycji krzyża. Taka postawa nazywa się prostracją. Takowa towarzyszy jeszcze oficjalnie w liturgii święceń kapłańskich każdego stopnia – diakonatu, prezbiteratu i sakry biskupiej. Jednakże ta postawa nie jest zastrzeżona jedynie kapłanom, czy zakonnikom w chwili ślubów, ta postawa to najbardziej ekspijacyjna, wyniszczająca jakby, forma postawy modlitwy przebłagalnej. Innymi słowy – jeśli chcesz o coś prosić Boga z całą mocą, calutką, jeśli chcesz także swoim ciałem prosić najbardziej jak tylko umiesz o cokolwiek, to właśnie tzw. leżenie krzyżem jest chyba najbardziej słuszną propozycją w tym przedsięwzięciu. Dlatego właśnie taka a nie inna postawa kapłana na samym początku Liturgii Meki Pańskiej wskazuje na cały klimat liturgii, którym będzie błaganie Boga o przebaczenie win i grzechów swojego Kościoła, jaką mękę i okrucieństwo swoimi grzechami zapewnia każdego dnia…

Liturgia Słowa, która nastąpi bezpośrednio po wejściu do prezbiterium, nie jest odkryciem nowego kontynentu, traktować będzie o męce Jezusa i Jego śmierci na drzewie krzyża. Sięgającą niepamiętnych czasów tradycją jest, że w tej liturgii będziemy słuchać opisu męki Pańskiej autorstwa św. Jana, który jako jedyny nie-synoptyk, swoją wizję Ewangelii opiera na ogromnej teologii, a sama już świadomość, że jego opis jest o tyle mocniejszy i wyrazisty, o ile był pod krzyżem Jezusa, Który miał zostać niejako „usynowiony” pod krzyżem i odtąd za swoją matkę będzie miał Matkę Jezusa – Maryję, tym bardziej winna nam rozdzierać serce.

Po wysłuchaniu mniej lub bardziej zgrabnej homilii, która musi – a jakże – także opiewać mękę i krzyż naszego Pana następuje tak bardzo charakterystyczna, najuroczystsza modlitwa wiernych, która dotyczy wszystkich stanów Kościoła, wszystkich społeczności, oczywiście także pod względem błagalnym i w kontekście krzyża.

I wreszcie nastąpi to, na co każdy tak naprawdę przyszedł tego dnia na tę właśnie liturgię, to punkt kulminacyjny, gwóźdź programu, i jak jeszcze byśmy chcieli nazwać ten jedyny w swoim rodzaju moment – ADORACJA KRZYŻA. Ministranci przynoszą zasłonięty krzyż do głównego celebransa, który niejako „na raty”, potrójnie, co nawiązuje do Trójcy Świętej, jak i do trzech sławetnych gwoździ przebijających ręce i nogi Zbawiciela, oddaje hołd Jezusowi, za każdym razem zdejmując w kolejnym etapie jednym z trzech, właśnie ten zasłaniający krzyż materiał, za każdym razem śpiewając takie słowa: „oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Po tych czynnościach następuje nasze oddanie czci Panu. Jest oczywiście kilka tego wersji, ale tę najjedyniejszą nie przebija żadna z pozostałych, stąd – pozwól, Czytelniku kochany – inne pominę w tym momencie. Chodzi o pocałunek.

W Kościele wbrew pozorom akurat ten gest jest wszechobecny. Każdy kapłan rozpoczynając liturgię całuje ołtarz na znak czci i najgłębszego szacunku, nie przesadzę – na znak miłości. Całuje także księgę Pisma Świętego, zwaną Lekcjonarzem, lub zależnie Ewangeliarzem, po odczytaniu lekcji z Ewangelii. Ja osobiście, odkąd tylko mogę ją nosić, zawsze, naprawdę zawsze, całuję sutannę, zanim ją włożę. Kapłani całują stułę również zanim ją założą na szyję. O pocałunkach wynikających z liturgii niemały mógłby powstać referat, czy felieton. Ale koncentrując się już stricte na liturgii wielkopiątkowej powiedzmy sobie jasno – nie ma innej sposobności, nie ma innych „okoliczności przyrody”, że wszyscy, jak jeden mąż, od prezydentów, burmistrzów, nauczycieli, przez dyrektorów, prezesów, czy ich podwładnych, po woźnych, sprzątaczki, lekarzy, pielęgniarki, bezdomnych, chorych, dosłownie wszyscy i każdy z osobna całuje krzyż na znak największej czci i uhonorowania Jezusa na drzewie krzyża. Od razu wspomnę, że nie stopniowałem wcześniej tych zawodów, czy tytułów, jedynie chodzi mi o to, że dosłownie każdy, każdziutki, bez względy na przekonania, wykonywaną pracę, na to, na kogo głosuje w jakichkolwiek wyborach, za każdego umarł Jezus, każdego kocha Bóg, każdy więc ma dostęp do także tego gestu najgłębszej wiary. To tak uroczysty moment, żeby podkreślić powszechność i sięgającą najskrytszych czeluści serca zbawienie, jakie podarował nam Bóg Ojciec oddając na naszą pastwę, pastwę naszych grzechów, sprośności i całej tej kloaki, jaką jest grzech, który tak głęboko jest wryty w nasze serca, zresztą niestety…

Później przyjmiemy w liturgii, o której mówimy, Komunię Świętą, którą kapłani konsekrowali dzień wcześniej (przypomnę bowiem – na tej liturgii nie sprawuje się Eucharystii nigdzie na świecie, więc Komunię przyjmuje się po przyniesieniu Najświętszego Sakramentu z w/w ciemnicy), żeby na sam koniec zanieść w uroczystej procesji Jezusa Eucharystycznego do symbolicznego grobu, jaki wykonuje się na tę właśnie chwilę, aby tam Go adorować. Ale o tym i o innych sprawach powiemy sobie w kolejnym artykule. Chcę bowiem zakończyć ten, który czytasz czymś innym, a mianowicie nietuzinkową „pracą domową”.

Otóż ta scena kościelna w liturgii wielkopiątkowej, kiedy każdy i każda może oddać najgłębszą cześć i wdzięczność Jezusowi za Jego miłość do każdego człowieka, mimo tego, jaki ów człowiek potrafi być nieludzki, w geście pocałunku, karze mi poprosić Ciebie, kochany Czytelniku, co i ja sam czynię rokrocznie, abyś uczcił swój domowy krzyż tego też dnia. Bo wśród różnych sprzątań, gotowań i innych zajęć, jakie mają miejsce przed świętami – na czele z legendarnym już myciem okien na zmartwychwstającego Jezusa, żeby przez to okno mógł Cię wyraźniej zobaczyć (śmiech), inaczej się na Ciebie obrazi (śmiech numer dwa) – nie pomiń także swojego krzyża. Jeśli takowego nie masz – nie zwlekaj, miej krzyż, nawet choćby najmniejszy, w swoim domu. Słyszałem o różnych dziwnych skądinąd przesądach, że krzyż przynosi pecha, czy inne głupoty – tak, to nawet więcej niż głupoty… - ale, parafrazując Mt 10, 32-33: „kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed Ojcem” itp., itd., to także i posiadanie krzyża wpisuje się w to konkretne słowo. Jeśli zaś masz już jakiś krzyż, krzyżyk, czy krucyfiks – zdejmij go ze ściany, weź go z półki, obetrzyj z kurzu, może umyj delikatnie, i ucałuj go z równie wielką czcią, jak to się czyni tego wieczora piątkowego w kościołach na całym świecie. Bo na krzyżu „zawisło zbawienie świata”, zbawienie moje i Twoje, kochany Czytelniku.

Niech będzie pochwalone Imię Pańskie i Jego Święty Krzyż!

Komentarze

Anonimowy pisze…
💚 Amen. Dzięki Ci za to !
Anonimowy pisze…
Amen🙏

Inne "wypociny"