Wiosenna idylla

Wszakże do pierwszego dnia kalendarzowej, a co za tym idzie, także i astronomicznej wiosny jeszcze troszkę czasu mamy, to jednak przyroda nie mogąc się widocznie doczekać, mimo poranków całkiem chłodnych jak na marzec, to jednak za dnia ugaszcza nas całkiem przyjemną i dość ciepłą aurą. Raz na jakiś czas czuć jednak nieco chłodniejszy powiew wschodniego wiatru, niosący jeszcze ostatnie płatki śniegi przed tegoroczną wiosną, który jakby przypomina: "i w wiośnie jeszcze dam wam się we znaki". Nie ma co się zresztą dziwić, pisząc te słowa tym bardziej w trwającej cały czas zimie. Ale sam fakt, że przyroda trochę przypomina, że nie jest taka szara, zimna i oschła, zasługuje chyba na całkiem spore w moim mniemaniu uznanie.

Pierwsze, co nasuwa mi się osobiście na myśl, kiedy czuję na swojej skórze pierwsze naprawdę cieplejsze promienie słoneczne, to sad przy swoim rodzinnym domu. Obiecuję, Ci, Czytelniku, że jeśli znajdę zdjęcie, którego szukam, to sam zobaczysz ten sad. Co prawda wygląda on dziś zupełnie inaczej niż za moich młodych lat, kiedy to na jednej z jabłonek wisiała huśtawka, nawet mająca już określony czas swego istnienia, bo wcześniej zamontowana tam została zapewne przez mojego tatę dla swoich córek, starszych ode mnie nawet sporo lat. Na wspominanej huśtawce siadałem częstokroć sam, ale nie brakowało też towarzystwa swoich sióstr, czy kuzynek, kuzynów, a całkiem spory "areał wolności", jaki tworzyło tam otoczenie, pozwalało i na zabawy wszelakie, ale także i na wszelakiego rodzaju przemyślenia, podporządkowane dziecięcej lub i "młodzieniaszkowej" naturze.

Wracając jednakże do tematu - kiedy otulają mnie pierwsze promienie pochodzące z wiosennej części naszego kosmosu, czuję kwitnącą jabłoń, gruszę, wiśnię, której dziś nie ma, nieopodal kapliczki, która to kapliczka stoi po drugiej stronie naturalnego trawnika niczym baszta, w której schowana Maryja strzeże i pilnuje swoje dzieci, żeby nie zrobiły sobie krzywdy przy danej zabawie. Kiedy tak zamknąć oczy to widzę, jak z suchych na wiór gałęzi, z których zdawałoby się, nie ma prawa żadne życie, to takie jednak pokonuje wszelkie bariery i najpierw w postaci delikatnych pączków, a potem odważniej zielenią się do niemożliwości. Rozumiesz - suchy konar, sterczący niczym maszt pusty, z którego zdjęto flagę na znak przegranej, staje się siedliskiem życia! Trawa zaczyna w momencie rosnąć i rosnąć, aż tata w tamtym czasie posuwistymi ruchami dłoni, w której trzymał osełkę, suwał po metalicznej powietrzni ostrza kosy, bo była pora na koszenie. Pisząc to w ciszy, słyszę ten zgrzyt każdego jego ruchu. I widzę też, jak gdzieniegdzie zza źdźbeł trawy przebijają żółte kwiatki o bardzo długich i cienkich płatkach. Do dziś śmieszy mnie nazwa "mniszka lekarskiego".

Bujając się cały czas na tej huśtawce, doświadczając co rusz to kolejnych ataków dźwięków coraz bardziej natarczywych owadów, błękitu nieba na przemian ulegający zieleni trawy i pól, i odwrotnie, aż w głowie się kręci pisząc to wszystko w tym momencie, a szmer łagodnego, cieplejszego, już południowo-zachodniego wiatru, który muska zieloniutkie dopiero co listki jabłonki, która musi znosić ciężar piszącego te słowa, nakręca moje serce na wyższe obroty, niczym wiatrak produkujący mąkę, napędzany wiatrem, powoduje w swoim wnętrzu coraz to większy rozrzut mielonego zboża, lżejszego od powietrza, i wszystko sobą zabiela.

Życzę Ci, Czytelniku, żebyś w tym szale dnia codziennego, który nie dość, że sam w sobie jest naprawdę szybki i pochłaniający całego człowieka, nigdy nie stracił dobrych, wiosennych myśli - może i pełnych nostalgii, ale jednak także i życia, po prostu.

Komentarze

Inne "wypociny"