II Niedziela Wielkiego Postu C



Niech będzie pochwalone Imię Pańskie!

Kochani! Na prośbę kilku "ktosiów" wstawiam niniejsze słowa. Zaznaczam to o tyle, że takowe posłużyły mi jako homilia tej II Niedzieli w tegorocznym Wielkim Poście.

Przechodząc więc do meritum tego dnia, stwierdźmy sobie jasno, że znamy dobrze, a przynajmniej jako-tako (jap.), tak myślę, scenę Przemienia Pańskiego. Oto Jezus zabiera ze sobą trzech Apostołów: umiłowanego najmłodszego Jana, gorliwego Jakuba i porywczego Piotra, żeby przy nich, na Górze Tabor, po prostu się pomodlić. Mi osobiście pierwsze co przywodzi mi na myśl, kiedy słucham o tym zabraniu Apostołów na modlitwę, to inna góra – Góra Oliwna, gdzie u jej podnóży znajduje się ogród oliwny, zwany Ogrójcem. Tam także Jezus wziął tych apostołów, aby się pomodlić. I najciekawsze, co się między tymi górami dzieje to to, że apostołowie jakby je wręcz pomylili. Oto bowiem na górze Tabor trwają, na ile ich tylko stać, na modlitwie z Panem, w konsekwencji czego zobaczą przemienionego na ich oczach Jezusa w towarzystwie Eliasza i Mojżesza, a przy górze Oliwnej, gdzie sam Jezus ich poprosi o czuwanie – śpią, i to bezczelnie wręcz zasypiają dwa razy, bo tyleż razy budzi ich Pan, zdaniem Ewangelistów.

Mnie osobiście wydaje się, że gdybym był świadkiem przemienienia Jezusa podczas modlitwy na jednej górze, to gdyby mnie zaprosił Jezus do modlitwy na innej górze, starałbym się z całych sił, żeby za nic nie zmrużyć oka, chcąc zobaczyć taki lub podobny cud! Zobaczyć tak zachwycająco pięknego, niebiańskiego Jezusa, usłyszeć samego Boga Ojca! I jakby się tak zastanowić – kto z nas by tak nie chciał? Kto z nas by tak nie zrobił? Czuwać, wiedząc, że to się opłaci, i to nie kiedyś, gdzieś, a zaraz, tutaj!

No ale zawsze musi być jakieś „ale”, niestety. Sięgnij, Siostro i Bracie pamięcią choć odrobinę wstecz i przypomnij sobie, ileż to razy miałeś dokładnie tak, jak Apostołowie – ileż razy czułeś obecność Boga, tę realną, prawdziwą, ileż to razy widziałeś jakiś cud, mniej lub bardziej spektakularny, - idźmy dalej - ileż to razy Bóg ocalił Ci życie, ocalił Twoje małżeństwo od rozwodu, Twoją rodzinę od rozpadu, Twoją fortunę od utraty, Twój dom od kataklizmu, Ciebie od stracenia pracy, od choroby podczas wszelkiej zarazy, i… co z tego?

Na co to wszystko, skoro wątpisz, czy Bóg jest, czy – jeśli już wierzysz, że jest – w ogóle się Tobą interesuje, a co dopiero, czy Mu zależy na Tobie, skoro modlisz się o to, czy tamto, a On śmie Ci zabrać do siebie może ojca, matkę, może - co gorsza - córkę, syna; jak On śmie dopuścić wojny; chore na śmierć dzieci; istnienie sierocińców, domów publicznych, wszelkiej maści patologii; dawnych, jak i obecnych obozów zagłady… Gdzie jest w ogóle ten Bóg? Ten przemieniony Jezus, Król wszechświata, a zarazem tak bardzo kochający mnie brat?

Otóż On jest właśnie tam – w sierocińcu, na linii frontu, On łupie skały w kamieniołomach, On siedzi za kratkami więzień, On usypia Twoje dziecko po Twoim rozejściu się ze współmałżonkiem, On leży w szpitalu na onkologii w czwartym stadium chłoniaka, On trzyma pistolet, którego kula przed chwilą kogoś zabiła, On siedzi gdzieniegdzie jeszcze na krześle elektrycznym, itp., itd...

I właśnie – On jest jeszcze na jednej górze – Golgocie. Stamtąd widzi doskonale, rozpięty na krzyżu, podwyższony, więc widzi znacznie lepiej niż reszta – widzi Ciebie i Twoje serce; dobre serce, bo stworzone przez Ojca w akcie miłości Twoich rodziców. Serce jednakże brudne złym życiem, posiniaczone złymi wyborami, śmierdzące złymi decyzjami.

I właśnie dopiero w kontekście tej trzeciej góry Golgoty, Tabor nabiera zupełnie innego sensu. Daje nadzieję, ten promyk dobrej woli, że choćbyś grząsł w błocie z piachu i Twojej krwi, choćby Ci rozdzierano serce, choćbyś miał być i Ty krzyżowany za niewinność – to jednak – jak usłyszymy w prefacji na drugą niedzielę wielkopostną: „On po zapowiedzeniu uczniom swojej śmierci na świętej górze odsłonił przed nimi blask swojego bóstwa i wezwawszy na świadków Mojżesza i proroka Eliasza upewnił nas, że przez cierpienie dojść możemy do chwały zmartwychwstania.”

Dlatego właśnie kiedy zejdziesz ze swojej Golgoty, kiedy zostawisz tam kawałek Twojego pękniętego serca, kiedy zmęczenie weźmie górę, kiedy wylejesz litry potu i krwi nad życiem Twoim i Twoich bliskich, kiedy stracisz sens życia, kiedy osunie Ci się naprawdę grunt pod Twoimi nogami, kiedy zdradzą Cię wszyscy, włącznie z rodziną, przyjaciółmi, to schodząc z Twojej Golgoty przyjdź na jeszcze jedną górę, do tego kościoła, i powiedz wtedy z tą stęsknioną ulgą samemu Chrystusowi, także przemienionemu, tym razem w chleb – „Panie, dobrze, że tu jesteśmy.”


Komentarze

Inne "wypociny"