Co po Zmartwychwstaniu? TYLKO MIŁOSIERDZIE - w drogę, Kamracie!

Niby tego Tomka wszyscy krytykujemy za niedowiarstwo, ale czy nie chciał(a)byś włożyć ręki w bok Chrystusa?

Piękna i jednocześnie trudna jest niedziela kończąca oktawę Wielkiej Nocy dla katolika XXI wieku. Dlaczego? Jest kilka konkretnych powodów ku temu, by tak twierdzić, aczkolwiek na początku zajmijmy się najpierw samym znaczeniem i symboliką tejże niedzieli. Jedyne, co chcę zaznaczyć, to tak, jak w temacie - co po tym Zmartwychwstaniu? A co jeszcze dalej? O tym pogadamy na koniec, bo to też warto sobie wytłumaczyć...

Przechodząc jednak do meritum należy stwierdzić, że w nomenklaturze tego wyjątkowego dnia wyszczególnić możemy, że jest to tzw. Niedziela Przewodnia. Na czym to przewodzenie ma polegać? Otóż Dokładnie tydzień po Wielkanocy, kiedy radujemy się zmartwychwstaniem Pana Jezusa, tradycyjnie wierni udawali się na cmentarze, na groby swoich bliskich. Tam podążano niezupełnie z gołymi rękami. Nie brakowało, że na groby wówczas zanoszono pisanki, jedzenie świąteczne, a spotykający się przy danym grobie bliscy, rodzina, oprócz oczywiście modlitwy, bawili się, cieszyli wspominając swoich bliskich i mając nadzieję, wynikająca z fakty zmartwychwstania Jezusa, na ponowne się z nimi spotkanie. Jakże wspaniały jest to zwyczaj! Przecież tym poniekąd różni się pogrzeb chrześcijanina, pogrzeb katolika, od wszystkich innych, że nasza rozłąka ze zmarłymi jest przejściowa, zobaczymy się z nimi wszystkimi kiedyś! Co więcej, przecież wierząc w świętych obcowanie poniekąd sami z siebie zaświadczamy, że oni są z nami cały czas! Osobiście pamiętam naprawdę liczne opowieści członków mojej rodziny, jak poprzez różne widzialne sprawy dokonujące się bądź to chwilę po śmierci, pogrzebie, bądź w miejscu, które dany zmarły zajmował, mieli naoczny dowód i przekonanie graniczące z pewnością, że zmarli w pewien sposób dają nam o sobie znać. Podsumowując – Niedziela Przewodnia to ta, w której swoimi modlitwami i różnymi innymi czynnościami w ten akurat dzień wykonywanymi, mamy na celu wywiedzenie na tamten świat te dusze zmarłych, które wciąż na ziemi szukają jakieś formy ratunku, aby mogły znaleźć się naprawdę przy Bogu.

Co się tyczy zaś Niedzieli Białej – sprawa jest troszkę prostsza. Otóż w czasach apostolskich, także w czasach Ojców Kościoła czas Wielkiego Postu przygotowywał katechumenów do przyjęcia chrztu świętego, którego udzielano w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, począwszy od Liturgii Wigilii Paschalnej. Na ten temat była mowa już w poprzednich materiałach, do których zapraszam także. Wspominam bowiem jedynie o tym z tego tytułu, że kiedy podczas chrztu, zanurzając się całemu w wodach chrzcielnych, taki nowo ochrzczony otrzymywał nowe, czyste, białe szaty, czego wyraz mamy po dziś dzień w liturgii chrzcielnej, kiedy kapłan wypowiada w stronę najczęściej chrzczonego dziecka te słowa: „N., stałaś się nowym stworzeniem, dlatego otrzymujesz białą szatę. Niech Twoi bliscy pomagają ci zachować godność dziecka Bożego nieskalaną po życie wieczne. Amen.” Krócej mówiąc – mowa o bieli szat. W prastarej tradycji tacy nowo ochrzczeni mieli chodzić w białych szatach swojego chrztu przez cały tydzień, właśnie do tej białej niedzieli włącznie. Tutaj zauważmy pewne podobieństwo do tzw. „białego tygodnia”, kiedy to przez tydzień dzieci, które przyjęły po raz pierwszy Komunię Świętą i przez cały tydzień chodzą w swoich albach i tego typu białych strojach codziennie. Zarówno ci pierwsi – nowo ochrzczeni – jak i dzieci po Pierwszej Komunii Świętej swoim wyglądem, bielą swoich strojów nie dość, że wskazują na „świeżość sakramentalną”, jeśli można to tak nazwać, to dają niemałe świadectwo wiary reszcie wspólnoty.

Dochodzimy wreszcie do clue mojej wypowiedzi. Niedziela Miłosierdzia to uroczystość kończąca oktawę Wielkanocy, tydzień po tejże uroczystości. Życzył sobie jej sam Chrystus, kiedy to objawiając się św. Siostrze Faustynie miał wypowiedzieć takie słowa, cytując Dzienniczek s. Faustyny: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem MiłosierdziaPragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła  miłosierdzia  Mojego. Która dusza  przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski”. Rzeklibyśmy: sprawa jest poważna, i to na tyle, że św. Jan Paweł II ustanowił to Święto Miłosierdzia dla całego Kościoła w chwili kanonizacji siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku.

No ale czym jest owo Miłosierdzie? Z samej semantyki składa się ono niejako z dwóch słów: MIŁOŚĆ i OSIERDZIE. O ile miłości nie trzeba mocniej objaśniać (choć w naszych czasach nienawiści i hejtu to drugi raz tego tak bym tu nie napisał raczej), to wyjaśnijmy sobie to osierdzie. To – najkrócej mówiąc – błona oddzielająca organ serca od „reszty” wnętrzności człowieka. Tak więc po połączeniu tych dwóch członów wyrazów można dojść do słusznego wniosku, że miłosierdzie ma głębokie zakorzenienie w miłości i sercu, jak jej świątyni, którą jest owo serce. Nadmieńmy tutaj także fakt, że takim otwartym sercem jest Serce Jezusa, przebite na krzyżu włócznią żołnierza, a które to Serce ukazuje się podczas tej niedzieli w scenie ukazania się Jezusa w wieczerniku Apostołom, na czele z Tomaszem, który miał uwierzyć właśnie między innymi wkładając swoją dłoń w bok Jezusa, wiodący do w/w Serca.

No i powoli przechodzimy do kolejnego aspektu tej Niedzieli Miłosierdzia – Ewangelia tegoż święta. Kochany Czytelniku, kiedy zagłębisz się bardziej w scenę już wspomnianą, a którą Święta Matka – Kościół podaje swoim dzieciom na tenże dzień do spożycia, to właśnie zostałeś świadkiem ustanowienia kolejnego sakramentu. I o ile w momencie wypłynięcia z przebitego Serca Zbawiciela wody i krwi, gdzie woda jasno kojarzyć się nam winna z sakramentem chrztu, a krew – oczywista sprawa – z sakramentem Eucharystii, tak w scenie rozmowy Jezusa z Apostołami po swoim zmartwychwstaniu napotykamy na takie słowa Pana: „Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».” (J 20, 22-23). Kto czytał moje poprzednie wypociny ten już wie, jakie znaczenie ma owo „tchnienie” i jak nieprzypadkowo mogło znaleźć się tutaj, kiedy to stajemy się świadkami, jak Pan Jezus właśnie tchnieniem także ustanawia Sakrament Pokuty i Pojednania. Jeden z najpiękniejszych w swojej mocy, odczuwalny i wręcz widzialny w skutkach niemal natychmiastowo, ale z drugiej strony jakże on trudny, ciężki, wymagający…

Wreszcie mogę przejść do rozważania, jakie na samym początku przyświecało mi, kiedy zacząłem pisać do Ciebie, Czytelniku, swoje niniejsze „wypociny Miłosierdzia”. Takowe bowiem, widać najwyraziściej właśnie w sakramencie spowiedzi.

Konfesjonał to chirurgia estetyczna dbająca o Ciebie i Twoje naturalne piękno

Żeby o tym opowiedzieć, pozwól, że posłużę się pewnym przykładem, alegorią. Już ładny kawałek czasu temu natrafiłem na słowa pewnego nieznanego autora: „W zaciszu własnego domu pokazujemy swoją prawdziwą twarz”. Prawdę mówiąc – chciałbym, żeby tak było… Obawiam się bowiem, że w naprawdę wielu naszych domach dochodzi do niejednej tragedii, która powiększa garderobę…MASEK. Bo niestety – i w domu MASKI czują się na twarzach wybitnie dobrze, ZA dobrze… Ileż to MASEK potrafi mieć na sobie żona (i nie mówię tylko o make-upie, dla ścisłości), ileż MASEK potrafi założyć na sobie mąż, aby jedno o drugim nie wiedziało totalnie nic z rzeczywistego stanu rzeczy, myśli, słów, czy czynów. Ileż MASEK potrafi mieć w zanadrzu dziecko, ileż MASEK mają rodzice przed swoimi dziećmi, etc… To właśnie bowiem MASKA potrafi doszczętnie zakryć naszą prawdziwą twarz z prawdziwymi jej emocjami. To naturalny element obrony człowieka. Jak dla szanującego siebie i swoje zdrowie boksera taką funkcję obronną pełni blokująca garda, tak dla każdego (!) człowieka takim fortelem defensywnym zawsze była, jest i będzie MASKA. Ma ona też swoje minusy, które jednak potrafimy wliczyć w koszta i je zaakceptować, jak chociażby to, że maska ogranicza nasz wzrok, tzw. widzenie peryferyjne, mówiąc po „naszymu”: patrzymy na coś kątem oka, a MASKA trochę ku temu przeszkadza. To może rodzić swego rodzaju efekt uboczny, w konsekwencji którego nie dostrzeżemy świata takim, jest w rzeczywistości, ale takim, na jaki pozwoli nam patrzeć ta konkretna MASKA. Weźmy prosty przykład – kiedy nam źle, smutno, założymy MASKĘ OPTYMIZMU. Sama w sobie nawet brzmi optymistycznie, ale często może wówczas nastąpić to, że nie zauważymy kogoś smutnego, który naprawdę potrzebuje pomocy, bo swoim optymizmie po prostu kogoś nie zrozumiemy, ba – nie będziemy chcieli kogoś smutnego zrozumieć, bo wówczas może nam się przypomnieć, że ten mój „hurra-optymizm” to właśnie MASKA, i będzie bolało ją zdjąć. I właśnie – krzywdy, które wynikają z noszenia MASEK mogą być trojakie:
  1. Nigdy nie będę autentyczny, nigdy nie będę sobą w pełni, nigdy nie zrzucę często ciężkiej MASKI, żeby odpocząć od jej ciężaru, złapać nieskrępowany niczym i nikim haustu świeżego powietrza.
  2. MASKA zawsze będzie ze sobą nieść ryzyko zdjęcia, spadnięcia, a co za tym idzie ryzyko blamażu, wstydu, strachu, nerwowości, frustracji będzie niebotycznie wielkie, a wówczas wystarczy maleńka iskra, wystarczy nawet niewinny dowcip, żeby uruchomić reakcję łańcuchową w nas i niewspółmiernie do takich okoliczności wybuchamy, złościmy się, albo i uciekamy od relacji, które zagrożą nam zdjęcie danej MASKI. To tak, jak uwięzione w jakieś wnyki dzikie zwierzę będzie broniło się przed Tobą, który chce je uwolnić.
  3. MASKA, tym bardziej ta, której nawet i na noc pozwoli mieć ją na swojej twarzy z czasem potrafimy tak zewrzeć się z naszą skórą, tak potrafi się przykleić, wrosnąć wręcz niejako w nas, że wszelka nawet światła i słuszna próba zdjęcia skończy się ogromnym bólem, a nawet pewnego rodzaju kalectwem, niestety

MASKA ma swoje plusy, powiesz z pewnością, Czytelniku. Otóż NIE, MASKRA nigdy nie będzie plusów. Łatwo bowiem MASKĘ pomylić z hełmem, który rzeczywiście broni żołnierza, nawet mentalnie tylko, ale to także ważna rola obronna; Hełm zakładają budowlańcy, aby dbać o swoje zdrowie, żeby nic nie spadło bezpośrednio komuś na głowę; Hełm zakładali rycerze przed walką, ale Hełm to wciąż nie MASKA. Taką bowiem mogą bezkarnie zakładać aktorzy teatralni, i jestem pełen podziwu, jak właśnie oni potrafią założyć daną MASKĘ, żeby po wszystkim ją zdjąć i być autentycznie sobą, że nie myli im się ego z alter-ego. To prawdziwy kunszt aktorstwa – umieć założyć MASKĘ, umieć ją zdjąć, a czasami nawet pokonywać niejako MASKĘ i dodać do niej coś „swojego”, nadać MASKĘ MASCE.

Jak już bawimy się w takie skomplikowanie to bywa i tak, czytelniku, że potrafimy założyć MASKĘ siebie. Rozumiesz – mimo, że masz swoją twarz, to założysz MASKĘ swojej twarzy, jaka ona jest. Bo tak nosisz już długo MASKĘ, że bez żadnej nie czujesz się dobrze, innymi słowy – będąc w 100% sobą nie czujesz się sobą, zanim nie założysz MASKI siebie samego.

Specjalnie trochę komplikuję sytuację MASEK, bo osobiście mam ich całą szafę, trzydrzwiową. MASKA na każdą okazję. I ta, jak ze znanego filmu o takim samym tytule, wyrzucona zawsze jakimś sposobem wracała do właściciela, tak wyrzucenie Twoich – nic Ci nie da, Czytelniku. Jesteś zawsze skazany na swoje MASKI.

Dlaczego tym mówię? Bo właśnie spowiedź, ta naprawdę dobrze zrobiona, powoduje ściągnięcie wszelkich MASEK z Ciebie. Im bardziej się otworzysz w konfesjonale, tym bardziej prawdopodobne, że Jezus zdejmie Ci rękami kapłana Twoją MASKĘ, MASKĘ po MASCE. Jako spowiednik czasami obserwuję ten stan, czuję ten poniekąd ból u penitenta, im bardziej jest szczery i unika wszelkich defensyw, wręcz daje mi siebie, nadstawia twarz, abym zdjął tę MASKĘ, żeby oddać ją Chrystusowi. Towarzyszy temu często płacz, łzy lecą często nie tylko po jednej stronie kratek konfesjonału, sam często płaczę, tak, mówię zupełnie serio, kiedy mam komuś zdjąć MASKĘ, bo wiem, jak to kogoś musi boleć, ale muszę to zrobić, jeśli tylko penitent na to pozwoli w absolutnej swojej szczerości, bo wiem, jak bardzo mu to pomoże, jak tego potrzebuje, choć czasami sam nie wie o tym totalnie pojęcia. I mnie Chrystus zdjął niejedną MASKĘ, niektóre sprawiły mi taki ból, że cierpię po niektórych do dziś, widzę rany i blizny stając przed lustrem, ale wtedy właśnie widzę też, jaki byłem głupi, że wcześniej tej czy innej MASKI nie dałem sobie zdjąć… U dentysty też cierpisz wprost proporcjonalnie o tyle więcej, ile dłużej unikasz u niego wizyty – dokładnie tak też się dzieje ze spotkaniem z Jezusem w konfesjonale. Dlatego tym bardziej ubolewam, kiedy słyszę kolejny atak ludzi, którzy widocznie nie mają pojęcia o świętej, czyli dobrej spowiedzi, że dzieci nie powinny chodzić do spowiedzi, bo to za trudne, bo rodzi nadużycia jakieś chore, bo ksiądz siedzący tam obok je wykorzysta jakoś, itd., itp. Mam świadomość, że i do takich bezeceństw dochodzi, oczywiście, ale udiablać moment, kiedy to centralnie spływa na człowieka świętość i miłość Boża – to jest grzech przeciw Duchowi Świętemu, a kto wie, jak to jest z przebaczeniem takiego grzechu, ten wie, jak wielką krzywdę robi najpierw sobie, potem dopiero innym, zasiewając takie ziarno chwastu wszystkim, którzy chłoną takie fakeniusy, nie omijając samych zainteresowanych – rodziców i ich dzieci. Ale to już inny temat i nie chcę się tutaj uruchamiać szerzej, bo ciężko będzie ominąć mi tutaj słowa „nieparlamentarne”.

Chrystus w scenie opisywanej w Niedzielę Miłosierdzia, sam pozbawiony wszelkiej MASKI, zdejmuje najpierw takową z Apostołów mówiąc POKÓJ WAM. MASKA NIEPOKOJU jest jedną z tych bardziej nieprzemakalnych na świętość, można ją nazwać NIEŚWIĘTOMAKALNĄ. To bowiem lęk najbardziej potrafi paraliżować wolę świętości, wolę czynienia dobra. Następnie Jezus zwraca się bezpośrednio do Tomasza, który uroczyście sam założył MASKĘ NIEDOWIARSTWA, swoją drogą jedną z cięższych na drodze nawrócenia. Jeśli masz taką MASKĘ na sobie – ciężko będzie Ci uwierzyć w prawdziwy dotyk uzdrowienia Jezusa w konfesjonale. Wówczas zawsze będzie widział w nim jedynie księdza, który czasem się wzruszy, czasem się wkurzy, bo i tak bywa, czasem będzie się spieszył, bo kolejka ogromna i chce jak najwięcej ludziom pomóc przede wszystkim wrócić do relacji przyjaźni z Bogiem, i żeby jak najwięcej ludzi mogło np. przyjąć Komunię Świętą w danej liturgii, czy po prostu w danym dniu.

Ale wracając do MASEK – kiedy Chrystus takową Ci zdejmie za Twoją wolą, kiedy będzie bolało, bo to potrafi zaboleć, wiem coś o tym, to natychmiast nakłada na Ciebie jakby leczącą maść, która ma uśmierzyć ten wyjątkowo nieznośny ból. Bo każda spowiedź, serio – KAŻDA – ma nieść także terapeutyczne działanie. Przecież nawet sama formuła rozgrzeszenia o tym traktuje, a brzmi następująco: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca i Syna, + i Ducha Świętego.” Podkreślę dwa słowa klucze: PRZEBACZENIE i POKÓJ.

Chcę podkreślić także akurat tutaj, kiedy omawiam Miłosierdzie Pańskie i Świętą Spowiedź, która to Miłosierdzie wciela w życie – Spowiedź to najtrudniejszy sakrament. Jestem zdania, że Mszę Świętą potrafiłaby odprawić każda osoba, która przez lata swojego życia na takowych uczestniczy. Ba – w wielu przypadkach mam tę niepisaną pewność, że niejednokrotnie zrobiłaby to dużo lepiej jak niejeden ksiądz, co nie bardzo dobrze świadczy o niejednym księdzu, niestety… Ale spowiedź? Świadomość odpowiedzialności, że właściwie każda Twoja rada, wskazówka, każda rozmowa, każdy przykład, każde słowo może zaważyć na czyimś dalszym losie, pojmowaniu Kościoła, może iść za kimś latami? Te dobre, ale i te złe? To wielkie i ciężkie brzemię, Czytelniku. Nie ma czego zazdrościć, słysząc wiele razy różne straszne rzeczy, które potrafią przywalić spowiednika niczym wielki ciężki głaz… Wiele razy podczas bycia spowiednika płakałem, zawsze staram się tego nie pokazywać, żeby nie wywoływać niepotrzebnych emocji, czy odczuć, ale wiele razy łza sama płynie mi po policzku, bo wiele razy słysząc grzechy czyjeś, jest mi wstyd, że nie sam u siebie nie widziałem dotąd tego, co przed chwilą na przykład słyszałem, a robię je, może w jeszcze gorszym wydaniu… Czasem to łza świętego gniewu, że ktoś spowiada się, że bierze leki(?), albo że nie słuchał mamusi, a sam mając „na oko” jakieś circa 70 lat, mamę pochował ze 30 lat temu… Zdarzyło się parę razy także, że nie mogłem udzielić rozgrzeszenia – to mnie zawsze wręcz fizycznie boli, bo prosząc Ducha Świętego o dar cierpliwości i bycie szafarzem Miłosierdzia właśnie – nie mogę czasami udzielić rozgrzeszenia, wrócić swoją posługą kogoś na łono przyjaźni z Kościołem… Innymi słowy – czasem Ciebie boli spowiedź? To dobrze, mnie też – tak z jednej, jak i z drugiej strony konfesjonału! Ale jak coś dużo kosztuje, automatycznie znaczy, że jest wiele warte. A w istocie – Miłosierdzie Boże jest warte każdej ceny, tym bardziej, że nabył Je dla Ciebie sam Chrystus – na drzewie krzyża – za darmo, dla Ciebie!

Kochany Czytelniku! Właśnie w kontekście Święta Miłosierdzia (a takowe ma także miejsce zawsze, ilekroć podejdziesz do kratek konfesjonału z autentyczną wolą zdjęcia swoich MASEK) nakazuje mi zwrócić się do Ciebie z ogromna prośbą, właściwie prośbami. Potraktujmy to i poważnie, i jako swego rodzaju:

SPOWIEDNICZY SAVOIR VIVRE

  1. Nie traktuj spowiedzi jako przykrego obowiązku, zwłaszcza raz w roku jedynie, jak nakazuje przykazanie kościelne. Ilekroć odczujesz potrzebę spowiedzi – idź, nawet z marszu, na pełnym spontanie. Dobry ksiądz naprawdę to zrozumie a i sam Chrystus uspokoi go, żeś się nie przygotował wcześniej.
  2. Zapomniałeś/aś formułki – nic nie szkodzi, najważniejsze powiedzieć, kiedy ostatni raz się spowiadałeś/aś, i co od tamtej spowiedzi lub wcześniej, jeśli pamiętasz, zdarzyło się nagrzeszyć.
  3. Nie mów też grzechów w stylu „kłamanie, masturbacja, plotkowanie, czy niechodzenie do kościoła”, dla księdza to nie ma znaczenia wszakże, ale kiedyś zamiast tamtych przykładów powiesz: „kłamałem/am, masturbowałem/am się, plotkowałem/am, nie chodziłem/am do kościoła” – wówczas szansa na zdjęcie maski jest dwa razy większa, bo rzeczywiście przyznajesz się nawet z samego tylko języka do grzechów, jako swoich grzechów.
  4. Pilnujesz pierwszych piątków miesiąca? Świetnie! Ale kiedy czujesz potrzebę pójścia do spowiedzi wcześniej, nie odkładaj tego na pierwszy piątek. Raz, że wtedy jest dużo ludzi, kapłan częstokroć nie ma dla Ciebie tyle czasu, żeby z Jezusem zdjąć Ci całkiem MASKĘ, a jedynie ją naderwie, chcąc i całym tłumom pomóc w przyjęciu Komunii Świętej, która to ona właśnie w pierwszy piątek jest „gwoździem programu”, nie spowiedź. Podobnie i oczekiwanie na rekolekcje, czy nawet święta. Prawdziwa spowiedź potrzebuje chwili dłuższej niż 3 minuty, proste… Dwa natomiast, że nie ma gorszej rzeczy, uwierz mi, żeby nosić ze sobą ciężar swoich grzechów. Co innego bowiem jest grzeszyć, powtarzać grzechy, ale co innego nosić je na własne życzenie i męczyć w ten sposób swojego ducha.
  5. Jeśli słyszysz czyjąś spowiedź – czy to słowa penitenta, czy spowiednika – po prostu odejdź ten krok, albo zajmij się modlitwą przed spowiedzią, żeby podobała się Panu. Jeszcze gorsze jest, jak klęczysz przy konfesjonale już, a z drugiej strony ktoś się centralnie spowiada – wstań, odejdź na chwilę, zanim ktoś skończy…
  6. Jeśli jest do księdza kolejka z jednej strony nie bądź „szeryfem” kolejki i nie chodź specjalnie z drugiej strony wyprzedzając wielu. Tylko innych trochę rozzłościsz, czasem i księdza, a chyba nie chcemy wkurzać kogoś, kto Ci pokutę zaraz zada, prawda? Hehe. Tak poważnie jednak – bywa, że ksiądz słyszy lepiej na jedno ucho kosztem drugiego i stąd dana sytuacja. Jeszcze raz dodam – lepiej w tej kolejce czas spożytkować na modlitwę, bądź na rachunek sumienia i żal za grzechy, jeśli wcześniej nie było Ci jak ich zrobić
  7. Właśnie – rachunek sumienia – jaki? Jest mnóstwo propozycji na internecie, ale powiem Ci coś prostszego i trudniejszego zarazem – kładąc się spać zrób sobie taki rachunek sumienia z dnia. Jak będziesz robić to naprawdę co pójście spać – raz, że to Ci dużo czasu nie będzie zabierało, dwa, że dobrze taki robić po całym dniu, a trzy – pójście do spowiedzi z potrzeby serca, na spontanie, już nie będzie kroczeniem we mgle, ale poniekąd jesteś z automatu przygotowany/a do spowiedzi, a nawet sama taka praktyka rachunku sumienia co noc z czasem pokaże Ci wiele więcej grzechów, niż mylałeś/aś, tak to przedziwnie działa.
  8. ZDEJMIJ MASKĘ – łaska Miłosierdzia nie wsiąka w ten rodzaj zbroi, musisz ją zdjąć, żeby realnie poczuć przebaczającą moc Bożą
  9. Wspominałem o modlitwie przed spowiedzią. Istnieje taka praktyka, co więcej – po spowiedzi także warto się pomodlić. I tutaj mam do Ciebie taką praktyczną, krótką wersję takich modlitw. Więc w razie potrzeby zapisz sobie to gdzieś, a jak coś to zostawiam to właśnie na sam koniec wyczerpania tego tematu, abyś ewentualnie scrollując te moje wypociny, natrafił/a szybciej na te modlitwy:

MODLITWA PRZED SPOWIEDZIĄ

Panie Jezu, chcę Ci wyznać z całą szczerością wszystkie moje grzechy. Dlatego proszę Cię, daj mi Twego Ducha, aby oświecił moje serce i rozum, bym przypomniał sobie wszystko zło, jakiego się dopuściłem od ostatniej spowiedzi świętej w moich słowach, myślach, uczynkach i zaniedbaniach. Amen.

MODLITWA PO SPOWIEDZI

Panie Boże, który odnowiłeś nas na podobieństwo swojego Syna, spraw, abyśmy doznawszy miłosierdzia, świadczyli wśród świata o Twojej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Przyrzekam, mój Jezu, że uczynię wszystko, bym Cię nie zasmucał grzechami. Duchu Święty dopomóż mi, bym zachował czystą duszę i unikał grzechu. Amen.

Natomiast zgodnie z tym, co zapowiadałem na początku, tudzież po części już sam tytuł wskazywał, od zmartwychwstania Pana Jezusa moim zdaniem Kościół w swojej mądrości wytycza nam pewien rodzaju szlak, którym podążając, możemy myśleć o jakieś formie rekolekcji. Znamy adwentowe, znamy wielkopostne, znamy dzieło Misji Świętych, a ja Ciebie, kochany Czytelniku zapraszam REKOLEKCJE WIELKANOCNE. Takowe bowiem mamy w następnych po sobie Niedzielach Wielkanocnych. Mamy osiem takich przystanków, po których podróżując - mam nadzieję - przekażę Ci z grubsza nadrzędną myśl okresu wielkanocnego, jaki przeżyć będziemy mogli w Kościele. Załączam grafikę, która pokazuje symboliczną Mapę Skarbów, które będziemy zbierać pielgrzymując po meandrach kolejnych po sobie Niedziel. Start mamy już za sobą w uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego, dziś zaś dotarliśmy do Wybrzeża Miłosierdzia. Czy pójdziesz ze mną dalej Mapą Ucznia Zmartwychwstałego po następne skarby?



 


Komentarze

Anonimowy pisze…
❤️

Inne "wypociny"