V Niedziela Wielkiego Postu
(J 8, 1-11) Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku. Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».
Niech będzie pochwalone Imię Pańskie!
Kochani, już piąta niedziela wielkiego postu. Powiedzieć, że do świąt już bliżej niż dalej, to tak samo, jak stwierdzić, że używasz w tej chwili Internetu, żeby wpatrując się w ekran jakiegokolwiek rodzaju, czytasz niniejszy artykuł. Za tydzień będziemy obchodzić Niedzielę Palmową, za dwa zaś – już Wielkanoc… Jeszcze ostatni dzwonek na to, aby podjąć wyzwanie i podjąć się wzięcia na swoje barki ciężaru zbawienia, nawrócenia, chociażby przez podjęcie umartwień, wyrzeczeń i pokuty.
Kochani, już piąta niedziela wielkiego postu. Powiedzieć, że do świąt już bliżej niż dalej, to tak samo, jak stwierdzić, że używasz w tej chwili Internetu, żeby wpatrując się w ekran jakiegokolwiek rodzaju, czytasz niniejszy artykuł. Za tydzień będziemy obchodzić Niedzielę Palmową, za dwa zaś – już Wielkanoc… Jeszcze ostatni dzwonek na to, aby podjąć wyzwanie i podjąć się wzięcia na swoje barki ciężaru zbawienia, nawrócenia, chociażby przez podjęcie umartwień, wyrzeczeń i pokuty.
Wspominałem kiedyś, że kojarzyć nam się ono może z
odejmowaniem sobie czegoś - jak moja mama odejmuje sobie rok w rok cukru do
herbaty, a nienawidzi gorzkiej herbaty. Jeśli jest czegoś za dużo to warto
sobie tego odjąć. Jednakże odwracając trochę sytuację – jeśli jest czegoś jednak za
mało to właśnie w Wielkim Poście warto to dodać. Raptem już trzeciego dnia
wielkiego postu czytamy w księdze Izajasza: „Czyż nie jest raczej postem, który
Ja wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić na wolność
uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać, dzielić swój chleb z głodnym, do domu
wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz przyodziać i nie odwracać
się od współziomków?”.
Kochani, jeszcze nie jest za późno, żeby zrobić sobie
odejmowanie, jeśli tego nie zrobiliśmy, ale może i zróbmy sobie dodawanie…?
Może nawet nie czekajmy i jak już skończyć czytać te wypociny - uśmiechnij się do swoich domowników, do kogokolwiek, do którego masz najbliżej. Uśmiech w życiu duchowym jest ważniejszy
niż sobie z tego zdajemy sprawę, a ponieważ statystyczny Polak bądź Polka należy raczej do ludzi uśmiechających się dziwnie mało, to może warto w ramach tego dodawania uwzględnić właśnie uśmiech na resztę Wielkiego Postu...?
Piszę to wszystko z tego tytułu, że dziś w większości kościołów, o ile nie we wszystkich, zakryliśmy krzyż. Zrobiliśmy to, aby kapłan w Wielki Piątek mógł go uroczyście odsłonić, abyśmy mogli autentycznie ucieszyć się widokiem naszego symbolu zwycięstwa, widokiem Chrystusa, który jako Jedyny Prawdziwy Kapłan na ołtarzu krzyża składa ofiarę z samego siebie, dla mnie i dla Ciebie, Siostro i Bracie…
To zakrywanie krzyży ma też inny głębszy sens, jaki chce nam podsunąć święta Matka - Kościół. Mamy zatęsknić za widokiem krzyża. Zatęsknić i aż niecierpliwić się. Mamy się wręcz denerwować, że na krzyżu jest jakaś szmatka, jakiś kawałek materiału, że nie widać przez nią krzyża. To tak samo, jak ma się przy sobie ukochaną osobę i w szarości dnia codziennego gdzieś nam jej widok powszednieje, przyzwyczajamy się do niej, z czasem wręcz nie zwracamy na nią uwagi. Czasem potrzeba aż rozłąki, daj Boże krótkiej, żeby na nowo się nią zachwycić, na nowo odkryć, na nową zawalczyć o nią. Kiedy nasza druga połowa gdzieś wyjeżdża i ociąga się z powrotem, kiedy dłuższy czas jej nie widzimy, po prostu ucieszymy się na jej widok.
Piszę to wszystko z tego tytułu, że dziś w większości kościołów, o ile nie we wszystkich, zakryliśmy krzyż. Zrobiliśmy to, aby kapłan w Wielki Piątek mógł go uroczyście odsłonić, abyśmy mogli autentycznie ucieszyć się widokiem naszego symbolu zwycięstwa, widokiem Chrystusa, który jako Jedyny Prawdziwy Kapłan na ołtarzu krzyża składa ofiarę z samego siebie, dla mnie i dla Ciebie, Siostro i Bracie…
To zakrywanie krzyży ma też inny głębszy sens, jaki chce nam podsunąć święta Matka - Kościół. Mamy zatęsknić za widokiem krzyża. Zatęsknić i aż niecierpliwić się. Mamy się wręcz denerwować, że na krzyżu jest jakaś szmatka, jakiś kawałek materiału, że nie widać przez nią krzyża. To tak samo, jak ma się przy sobie ukochaną osobę i w szarości dnia codziennego gdzieś nam jej widok powszednieje, przyzwyczajamy się do niej, z czasem wręcz nie zwracamy na nią uwagi. Czasem potrzeba aż rozłąki, daj Boże krótkiej, żeby na nowo się nią zachwycić, na nowo odkryć, na nową zawalczyć o nią. Kiedy nasza druga połowa gdzieś wyjeżdża i ociąga się z powrotem, kiedy dłuższy czas jej nie widzimy, po prostu ucieszymy się na jej widok.
Dziś może to nawet być trudne przez technologię, bo w
kieszeniach mamy urządzenia, które już przewyższają przepustowość promów
kosmicznych, bo możemy zrobić zdjęcie ukochanej i sobie na nie popatrzeć, bo
istnieje też selfie, które można sobie przesyłać. Bóg Ojciec, Kochani, przesłał
nam swoje selfie, przesłał Swojego Syna, za którym będziemy teraz tęsknić, ale
jakże możemy się ucieszyć w Wielki Piątek, kiedy po jakimś czasie znów
zobaczymy Jezusa Zwycięskiego…!
Kochani, kończąc powoli, muszę stwierdzić, patrząc rzutem na taśmę na dzisiejsze Słowo Boże, że Bóg nas kocha, cokolwiek nie zrobimy, kimkolwiek byśmy się nie stali. Kocha nas po krzyż, kocha nas po chleb, który mogę zjeść ze smakiem, mogę ucałować z szacunkiem, ale i który mogę rzucić na ziemię, podeptać… Bóg kocha nas i nic tego nie zmieni.
Kochani, kończąc powoli, muszę stwierdzić, patrząc rzutem na taśmę na dzisiejsze Słowo Boże, że Bóg nas kocha, cokolwiek nie zrobimy, kimkolwiek byśmy się nie stali. Kocha nas po krzyż, kocha nas po chleb, który mogę zjeść ze smakiem, mogę ucałować z szacunkiem, ale i który mogę rzucić na ziemię, podeptać… Bóg kocha nas i nic tego nie zmieni.
Dzieje się tak, bo Bóg nie patrzy na sposób ludzki:
„Człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Bóg natomiast patrzy na serce”
(1Sm 16,7). Tego Bożego „spojrzenia” doświadczamy podczas spowiedzi, gdy ciągle
od nowa odpuszcza nam grzechy i powtarza: „Ja ciebie nie potępiam. Idź, a nie
grzesz więcej”. Słowa te są wyrazem najgłębszej akceptacji naszej osoby,
przywracają nam na nowo życie utracone na skutek grzechu, są one Bożym
wyznaniem: „kocham Cię pomimo twoich słabości”.
Pozwólcie, że skończę nieco poważniej, niż na ogół mi się zdarza, bo będzie to moja modlitwa na 5. Niedzielę w Wielkim Poście - Panie, Którego nie będę widział w kościele przez ten czas nadchodzący - choć ja nie będę Cię widział - Ty nie spuszczaj mnie z oka. Abym, gdy upadnę, gdy będą rzucać we mnie kamieniami, miał w Tobie pomoc w powstaniu na własne nogi. Abym mimo tego, jaki nędzny jestem, mógł ucieszyć się Twoim widokiem, kiedy to znów dostrzegę Cię na krzyżu, którego w swoim życiu tak często unikam. Abym mógł wreszcie upuścić na ziemię kamień, który przez lata potrafię trzymać w ręku czekając na sposobną chwilę, bo już jego ciężar staje się nie do zniesienia...





Komentarze