VI Niedziela Wielkiego Postu (Palmowa)

czasami jednak dobrze być osłem ;)
„Gdy przybliżył się do Betfage i Betanii, ku górze zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: «Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie uwiązane oślę, którego nie dosiadał żaden człowiek. Odwiążcie je i przyprowadźcie. A gdyby was kto pytał: „Dlaczego odwiązujecie?”, tak powiecie: „Pan go potrzebuje”». Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: «Czemu odwiązujecie oślę?» Odpowiedzieli: «Pan go potrzebuje». I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zboczy Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów zaczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I mówili głosem donośnym: «Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach». Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: «Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom!» Odrzekł: «Powiadam wam: Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą». (Łk 19, 28-40)
Hosanna i niech będzie pochwalone Imię Pańskie!
Kto czyta niniejszy tekst, temu gratuluję, gdyż dożył
kolejnej Niedzieli Palmowej w swoim życiu. Bo w istocie – szósta niedziela w
Wielkim Poście jest zawsze Niedzielą Palmową, a używając nieco bardziej
profesjonalnej nomenklatury, jest to Niedziela Męki Pańskiej, od której
rozpocznę niniejsze dywagacje.
Dawno temu w Kościele obchodzono Pierwszą i Drugą Niedzielę
Męki Pańskiej. Obydwie wskazywały na to, że wchodzimy w drugi – a zarazem
ostatni – etap Wielkiego Postu. Zmieniamy troszeczkę kąt patrzenia na ten
święty czas. Do tego momentu – ongiś Pierwszej Niedzieli Męki Pańskiej, czyli
piątej Wielkiego Postu, którą przeżywaliśmy tydzień temu – teologia wielkopostna
dotyczyła stricte dwóch spraw: pokuty i chrztu. Pokuta sama w sobie jest o tyle
zrozumiała, że skoro już od samego początku, od Środy Popielcowej, przyjmujemy
posypanie głów popiołem z rąk kapłana, który wypowiadał nad nami słowa:
„bliskie jest Królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, lub w
wersji drugiej: „pamiętaj, człowiecze, że prochem jesteś i w proch się
obrócisz”. Nacisk kładziony był przez cztery tygodnie z małym „haczyczkiem” na
postanowienia, umartwienia, podkreślano wielką rolę modlitwy, postu i jałmużny,
wszechobecny kolor szat w liturgii to fiolet – symbol pokuty, żałoby.
Sprawa pokuty jest więc nader oczywista. Co się zaś tyczy
chrztu – od zarania dziejów, bodaj od działalności wręcz apostolskiej, na pewno
zaś u Ojców Kościoła – czas Wielkiego Postu był dany katechumenom chcącym
przyjąć chrzest, aby przygotować się do tego wydarzenia. Jako zaś realny i
przemyślany wybór, potrzeba było tzw. Przygotowania bliższego do przyjęcia tego
sakramentu – najważniejszego, pierwszego, pierwotnego i określającego tożsamość
człowieka. Co więcej – jeśli być precyzyjnym – czas Wielkiego Postu w
dzisiejszym rozumieniu Liturgiki swoje wypełnienie znajdzie w najważniejszej
liturgii katolickiej – Liturgii Wigilii Paschalnej. Tam zaś jedną z jej
konstytutywnych części jest tzw.
Liturgia Wody, kiedy to uroczyście odnowimy swoje przyrzeczenia chrzcielne.
Więcej o tejże liturgii myślę, że powiemy sobie trochę później, bo pojawił się
pomysł, aby w celu jakiegoś lepszego przeżycia tegorocznych świąt
wielkaanocnych, o każdym z danych dni Triduum coś tutaj także powstanie.
Wracając jednak do meritum – w Pierwszą Niedzielę Męki
Pańskiej istnieje tradycja zasłaniania krzyży, czy świętych obrazów. Dlaczego
to się robi poniekąd już wiesz, drogi Czytelniku, lub się dowiesz, jeśli
przeczytasz wpis z zeszłego tygodnia, a tymże zwyczaju traktujący szerzej.
Jednakże właśnie od piątej niedzieli wielkopostnej charakter tego czasu nabiera
już stricte pasyjnego sensu, podkreślającego ofiarę życia Jezusa na drzewie
krzyża dla zbawienia człowieka, dla mnie i dla Ciebie. Śpiewy liturgii od tego
czasu mówią o męce Pana Jezusa, o krzyżu, o wcześniejszym Ogrójcu, etc. Teksty
brewiarzowe jak najbardziej także ku temu zmierzają i tak dziać się będzie do
złożenia Najświętszego Sakramentu do symbolicznego grobu, jaki w większości
świątyń zwykle na tę okoliczność się wykonuje.
No dobrze, ale jak to się ma do tzw. Drugiej Niedzieli Męki
Pańskiej? Otóż po reformie kalendarza liturgicznego po Vaticanium II jest to
już jedna, jedyna Niedzieli Męki Pańskiej. We wszystkich kościołach świata
kulminacją tego dnia jest czytany opis męki Pańskiej, zwykle z tradycyjnym
podziałem na role, ku podkreśleniu ważności Ewangelii o męce traktującej.
Ponieważ kalendarz czytań mszalnych jest na niedziele roku liturgicznego
podzielony na trzy lata (A,B i C), to kolejno czyta się opis męki Pańskiej danego
synoptyka: rok A – św. Mateusz, rok B – św. Marek i rok C – św. Łukasz. Opis
Janowy rokrocznie czytany jest w Wielki Piątek. Technicznie rzecz biorąc więc,
fakt czytania opisu męki Pańskiej powoduje poniekąd nazwę tejże niedzieli, a
sam fakt, iż krzyż zakryty jest kawałkiem materiału żałośnie zasłaniającym
krzyż w większym lub mniejszym stopniu, tym bardziej może wręcz wymusić, żeby
nie zapomnieć o randze i znaczeniu męki Pana Jezusa, aby – zanim w Wielki
Piątek ujrzymy krzyż w całej okrasie – nie zapomnieć o tym wszystkim, także tej
szóstej, ostatniej niedzieli Wielkiego Postu.
Nie wiem, czy jeszcze bardziej nie zagmatwałem tematu,
aczkolwiek fakt, że ta niedziela zwana jest fachowiej Niedzielą Męki Pańskiej,
stanowić może pewną klamrę teologii pasji Chrystusa. Takową klamrę akurat tej
niedzieli widzieć możemy również w jeszcze innym, niemniej istotnym fakcie.
Otóż technicznie rzecz biorąc po wtóry, z chwilą uroczystego wjazdu Jezusa do
Jerozolimy, to właśnie w tym mieście będziemy się obracać przez cały (Wielki)
tydzień. Teologicznie zaś podchodząc akurat do tego tylko wątku, to właściwie
każdy dzień Wielkiego Tygodnia w liturgii, konkretnie w danej Ewangelii, będzie
dotyczył tego konkretnego dnia.
No a skoro już pojawił się wątek wjazdu Pana Jezusa do
Jerozolimy, to także i nazwa Niedzieli Palmowej ma swój już bardziej dosłowny,
i powszechniejszy sens. Liturgia bowiem w uroczystszym rycie rozpoczyna się
wyjątkowo od Ewangelii tylko o tym mówiącej, a którą podałem na samym początku
tego wpisu. Czytamy tam, czy u innych Ewangelistów, jak uroczyście Jezus witany
jest przez tłum. Kładziono przed osiołkiem, na którym siedział dywany, kwiaty,
a w większości ludzie w pośpiechu rwali liście biednych palm, żeby tylko dołożyć
do tej cegiełki uroczystości cokolwiek od siebie. Trochę przypomina mi to
wszystko to, jak z pobożności ludowej (tu akurat moim skromnym zdaniem piękny
zwyczaj), podczas procesji Bożego Ciała, jak tylko kapłan niosący Najświętszy
Sakrament przejdzie do kolejnego ołtarza, całe tłumy zrywają zwyczajowe gałązki
brzozy, wszechobecne przy ołtarzach wówczas, aby zanieść je do swoich domów,
uświęcony samą li tylko bliską obecnością wówczas Jezusa ukrytego w chlebie. Tu
jednak kładziono palmy, niczym w Boże Ciało dzieci sypiące kwiatki przed
Jezusem. A samo tychże dzieci „zawołanie-wyliczanka”: „święty, świety, święty
Pan Bóg zastępów” jest przecież częścią śpiewu „Hosanna” – radosnego okrzyku,
jaki towarzyszył uroczystemu wjazdowi Jezusa do Jeruzalem. Szorstka reakcja
Jezusa na głosy znamienitszych Żydów, żeby ten tłum uciszyć, co zresztą również
było elementem wypełnienia się Pisma, również podczas Bożego Ciała wydawałby
się nieludzki, kiedy by zabronić nie tylko dzieciom przecież (!) w tak uroczystym
wyznawaniu wiary – jak ongiś na ulicach jerozolimskich, tak i tysiące lat
później – na ulicach naszej pięknej Polski. I tak znowuż, jak to „Hosanna!” za
dosłownie kilka dni zmieni się w „ukrzyżuj!”, tak również i to oddaje tę prostą
prawdę – że i my możemy wiele kilometrów w Boże Ciało iść z Jezusem
Eucharystycznym, także w każdy odpust, czy rezurekcję robiąc po kilka „rundek”
wokół swojego kościoła, to i tak nasz nawet najpobożniejszy śpiew wówczas nam
towarzyszący, i on zmieni się w kolejny i kolejny grzech naszego życia,
niestety. Taki jest człowiek…
Widzisz więc, Czytelniku, jeśli w ogóle dotrwałeś/aś do tego
momentu, jak zarówno technicznie, jak i teologicznie mamy wiele odniesień
tamtego wjazdu Jezusowego do naszego życia, naszych pobożnych poczynań. Jak
zwykł mawiać ks. Ireneusz Świątek, którego w tym miejscu ośmielam się
pozdrowić, obecny (A.D.2025) rektor Wyższego Seminarium we Włocławku, a dawniej
i tamże ojciec duchowny: „Pismo Święte nie jest o kimś, kiedyś, ale o nas,
dzisiaj” – i wszystko to się także i tutaj zgadza.
Trochę zajęło mi zajmowanie się „technikaliami” i osobiście
miałbym nieznośny niedosyt, jakbym miał Cię tak zostawić w tym miejscu. Dlatego
ostatnią taką myślą, którą pragnę się z Tobą podzielić, to… OSIOŁ. Nie bez
przyczyny poprosiłem AI o wygenerowanie mi takiego zdjęcia do tego artykułu, bo
szukając siebie w tej palmowej odsłonie Ewangelii, widziałbym chyba siebie
najprędzej w tym właśnie ośle. Pomijając, że jestem uparty do bólu, aż mnie
samego czasami on boli, przez dokuczającą mi częstokroć krótkowzroczność swoich
myśli, słów, czy działań, która prowadzi mnie często na wszelkiej maści
manowce, w tym także najczęściej niedający sobie pomóc, to właśnie jak wielkie
ryzyko pychy mi towarzyszy, to słów mi tutaj braknie, a staram się o wokabularz
swój jednak trochę dbać. Ileż to bowiem razy widziałem serdeczność, miłość,
dobroczynność kierowane pod moim adresem. Ileż to słów ciepłych i przyjaznych
dotychczas słyszałem na własne uszy – ale gdybym nie miał na sobie Jezusa –
takich byłoby dużo, dużo mniej. To właśnie bycie osłem po części odczuwać
powinien każdy kapłan, może tym bardziej ten trochę bardziej szanowany, aby
gdzieś ta zwrotnica w głowie, czy w sercu, nie przestawiła się na swój kult, bo
to Jezus jest tym, który w człowieku każdym zresztą, winien odbierać cześć. A
jeszcze dodatkowo to, że przez wyroki Opatrzności (a w tym względzie naprawdę
tylko dzięki nim) mam na imię Krzysztof, znaczący z greki ‘niosący Chrystusa’
tylko przypieczętowuje to, że na tych moich barkach siedzieć spokojnie powinien
sobie sam Chrystus. Być takim właśnie osłem to nic złego, nic pejoratywnego ani
urągającego.
Panie Jezu, tak jak na oślęciu wjechałeś do Jerozolimy, aby
tam cierpieć, umrzeć, także dla mnie, tak często cierpisz i już na moim oślęcim
grzbiecie. Daj jednak, abym zapewne w odróżnieniu do tego zwierzęcia, świadom
był zawsze i wszędzie, że gdyby nie te męki i śmierć, nie dostałbym się swoimi
kopytami nigdzie poza swój świat, uparcie rycząc i kopiąc wszystko i
wszystkich. Dziękuję, że wybrałeś mnie, abym dołożyć mógł swoją marną cegiełkę
do zbawienia bliźniego, jakiego dajesz mi codziennie w swoim życiu. A jeśliby
ktokolwiek chciał uciszać przy mnie radość bliskości z Tobą, to nie dozwól,
żeby kamienie wołały Twą chwałę, ale uzdolnij mnie, żebym swoim oślim rykiem
mógł jak najbardziej i jak najwięcej innych do Ciebie kierować. Kieruj mną i
nigdy nie schodź z mojego grzbietu.
Jeśli ta quasi modlitwa również Tobie zdaje się pasująca, to
nie pozostaje nic innego, jak powiedzieć nam jednogłośnie – AMEN.
P.S.
Na koniec zamieszczam ogólnie dostępną w internetach grafikę, która trochę obrazuje, co się dzieje w poszczególne dni Wielkiego Tygodnia, dla lepszego rozeznania ku lepszemu ich przeżycia.




Komentarze
Osiołek ? Też jest ok...a nie bardziej baranek na wzór Bożego Baranka? 😉