Dobry Pasterz najlepiej Cię poprowadzi, Baranie ;)

 

Przedziwna to Owczarnia, będąc baranem, starając się być (dusz)pasterzem

Niech będzie pochwalone Imię Pańskie, Dobry Pasterz!

Dziś to by się najchętniej cytowało słowa jakże znaczącej pieśni: „beee, beee, beee, kopytka niosą mnie”. Nie kojarzysz? Już rozjaśniam, zapraszając do odwiedzin na YT: "Jak dobrze być barankiem"Drogi Czytelniku, na pewno masz świadomość, że piszący te słowa jest księdzem – myślę, że to zbytnio nie podlega jakiemuś większemu śledztwu, itp., choć takowe bywają ostatnim czasem w modzie, no ale na szczęście daleki jestem od bycia w świecie polityki jako takiej, mimo, że zewsząd nas otacza, i praktycznie rzecz ujmując, od niego trochę również zależy. Niemniej, przygotowując słowo na daną liturgię powiem szczerze, że czasem Słowo aż prosi o homilię, czasami naprawdę ciężko przejść obojętnie wobec danej perykopy, czy fragmentu któregoś z listu apostolskiego, czy jakieś księgi Pisma, ale czasem bywa, że bez choćby zalążku, cienia świadectwa, nawet najdoskonalsze w interpretacji, nawet najwięcej przemodlone, nawet rozłożone na czynniki pierwsze, byłoby jakieś puste. Nieraz już odsłaniałem się przed Tobą, opowiadałem Ci, jak wyglądała część mojego życia, zapewniam, że jeszcze się odsłonię wielokrotnie, bo tyle lat odsłonić również lata może zająć…

Niedziela Dobrego Pasterza, jak to ładnie nazywa się czwartą z kolei niedzielę w Zmartwychwstaniu Pańskim, również takowa wręcz woła do mnie, aby odsłonić przed Tobą, Czytelniku drogi, część mojego życia, którą jest powołanie. A czynię to dlatego, że ta właśnie okoliczność Niedzieli Dobrego Pasterza jest zwana także w wielu kręgach jako Niedzielą Powołaniowa, ponieważ właśnie w tę niedzielę, kiedy byłem jeszcze w seminarium, klerycy i alumni naszego włocławskiego seminarium wyjeżdżali najczęściej do swoich rodzinnych parafii, jak i do innych także, głosić słowo o seminarium, słowo o powołaniu. I ja uczestniczyłem w takim przedsięwzięciu, stąd pozwólcie, że poniekąd udając się w swego rodzaju taką podróż w czasie, także i tym razem tym właśnie się zajmę, nie sposób bowiem, żeby było inaczej patrząc na nasza Mapę Ucznia Zmartwychwstałego.

Mówiąc o historii swojego powołania muszę cofnąć się w czasie o przeszło trzydzieści sześć lat, kiedy mama po śmierci syna, a mojego brata, który żył przeszło godzinę, po kilku latach usłyszała, że znów nosi pod sercem życie, moje życie. Jednak prognozy były takie, że lepiej byłoby usunąć, delikatniej mówiąc, mówiąc zaś wprost – zabić. Byłaby jakaś mała szansa, pod warunkiem ośmiu miesięcy leżenia tzw. „plackiem” i dziennie do spożycia legalna byłaby jedynie szklanka słabej herbaty i pół suchej bułki… Jak widać, mama podjęła się tego zadania, i ile razy miałbym „coś” do niej to przypomnę sobie choćby to, ile cierpiała przeze mnie i… zaraz nerwy odchodzą… Wówczas powiedziała, że jeśli będzie chłopiec to pójdzie do seminarium. To akurat całkiem słowa istotne, bo jak na ówczesne zdobycze nauki ultrasonografii, nie było to takie oczywiste. Dziś w sumie do takich oczywistych nie należy, a co dopiero w późnych latach osiemdziesiątych. Słyszałem o tym już jak byłem naprawdę małym chłopcem.

Kolejnym takim ważnym punktem mojego życia w omawianym aspekcie to Liturgiczna Służba Ołtarza. Ministrantem zostałem w sumie z tzw. „łapanki”, kiedy to ksiądz Marek, którego w tym miejscu z serca pozdrawiam, a któremu to księdzu właśnie zawdzięczam to, kim jestem, zobaczył mnie, jak się odsunąłem od gadających koło mnie chłopaków. To chyba wystarczyło, czego staram się dać wyraz. A rzecz wspominana miała dokładnie miejsce dnia 6 stycznia 1997 roku, na mszy o godzinie 12.00, dedykowanej wówczas w mojej rodzinnej kłodawskiej parafii dla dzieci. Ten ksiądz pokazał mi, co to znaczy być uczniem Boga, widziałem to u niego, i jego stylem do dziś jestem zachwycony, choć dziś sam przeżywa kryzys przez chorobę alkoholową, z którą walczy, także z sukcesami, i jestem winien mu moją modlitwę i o takową ośmielam się prosić i Ciebie, kochany Czytelniku.

Wracając do powołania – szkoła podstawowa i gimnazjum to czas, kiedy moi koledzy, też ministranci, z tej samej zresztą „łapanki”, jak ja, trzymaliśmy się razem, jednak hormony wielokrotnie robiły swoje, i nie będzie przesadą stwierdzić, że choć w kościele byłem na zawołanie, praktycznie zawsze, to w Kościele byłem jednak daleko… W liceum uciekałem w różne nowinki tego świata, nie omijając także tych mało parlamentarnych. Dopiero moja ostatnia dziewczyna, żyjąca mocno ze Słowem Bożym, czym doprowadzała mnie, długoletniego przecież ministranta, niejednokrotnie do niemałego wstydu, otworzyła kiedyś, już jakiś czas po mojej maturze zresztą, fragment z Ewangelii Jana: „Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3, 30). Tak to wówczas odczytałem, że po wielkiej walce z samym sobą, poniekąd z Bogiem także, podjąłem najważniejszą decyzję swojego życia, którą pragnę ponawiać każdego dnia, póki tylko żyję.

Jeśli mówię już świadectwo o powołaniu to chcę też powiedzieć, że marzyłem sobie już dawno temu, że kiedy umrę, to będę miał woreczek z ziemią, którą chciałbym, żeby sypali na moją trumnę uczestnicy pogrzebu. Trochę coś w stylu sceny pogrzebu z filmu „Sami swoi”. Ziemia ta nie będzie byle jaka, ponieważ pochodzić będzie z różnych miejsc właśnie mojego powołania. Mam garść ziemi z mojego gospodarstwa, garść mojej ziemi. Mam piasek z gdyńskiego wybrzeża, co roku ciałem lub duchem, starałem się towarzyszyć tam, na ile tylko mogłem, dłużej czy krócej, niepełnosprawnym i wolontariuszom, którym i ja sam jestem, bowiem moje powołanie bez ówczesnej wspólnoty Caritas byłoby mizerne. Mam garść ziemi z Jasnej Góry, do której pielgrzymowałem i pielgrzymować będę, tylko w ramach możliwości. Mam garść ziemi z Kramska, kiedy będąc na praktykach doświadczyłem ogromnej wdzięczności ludzkiej i życzliwości. Mam garść ziemi z Lednicy, w której nie byłem do chwili pisania tych słów raptem dwa razy, i zamierzam być tam także i w tym roku. Mam także garść ziemi z ogrodu seminaryjnego, w którym to świętym miejscu, przeżywając wzloty i upadki, dorastałem do tego momentu, aby pojawić się w najpierw we włocławskim Michelinie, z którego – a jakże – także mam garść ziemi, nie inaczej ma się rzecz z kolejnymi moimi parafiami, jak w Brześciu Kujawskim, Turku, bądź i Lipnie. Mam garść ziemi również z Białki Tatrzańskiej, kiedy to bywałem na oazach jako kleryk. I tak kończąc temat o sobie samym dziś sam pytam siebie – czy z moim bagażem życia mogę nazwać się pasterzem? Duszpasterzem? Mając trzydzieści sześć lat jeszcze chyba na to za wcześnie, ba – zawsze na to chyba za wcześnie, żeby to samemu określić, bo jednak najczęściej sam widziałbym się jako owca, która się oddala i tylko pozostaje mi się modlić, jazgotliwie beczeć, żeby znalazł mnie Pan, kiedy odnajdzie inną, wcześniej zgubioną owcę… Dlatego ośmielam się prosić Ciebie, Czytelniku szanowny, o modlitwę w tym tygodniu modlitw o powołania, bo owszem, taki czas właśnie zaczyna się tą Niedzielą Dobrego Pasterza. Często bowiem modlimy się o nowe, święte – i dobrze, ale módlmy się i o te, które już są, aby trwały dalej, bo dzisiejszy świat, dzisiejsze problemy, czasem dzisiejsi ludzie, nie ułatwiają życia sobie, co dopiero innym, co dopiero powołanym do służby w Kościele…

Osoby powołane do kapłaństwa nie spadają z nieba ani nie biorą się znikąd. W Twojej parafii, jak i w wielu, wielu innych, wielu z naszych parafian, naszych kolegów, braci, sióstr, synów, córek, wnuków, stanie w najbliższym czasie przed wyborem drogi życia. Te ważne decyzje powinny być podejmowane z głębokim namysłem i zasłuchaniem się w głos Boga, który mówi w ciszy ludzkiego serca. Tylko w ten sposób można właściwie rozeznać swoją drogę życia.                   

Na zakończenie chciałbym powiedzieć: pamiętaj w najbliższym czasie o księżach pracujących w parafiach – o księżach proboszczach, jeśli są to i o wikariuszach; niech wzór Chrystusa – Dobrego Pasterza podtrzymuje wszystkich księży w trudnej i bardzo odpowiedzialnej pracy strzeżenia i strzyżenia Bożej owczarni. Kochany Czytelniku, czasem to przerasta moje siły, wiedzcie to. Bywa, że naprawdę to brzemię, które niezwykle trudno wziąć w ręce, a co dopiero podnieść na barki i je nieść, jeszcze starając się przy tym być zadowolonym, być uśmiechniętym, a co dopiero być w tym wszystkim jeszcze po prostu sobą… Gdyby nie ludzie, którzy wiem, że się za mnie modlą, gdyby nie ten sztab ludzi, to zaplecze modlitewne, to właściwie byśmy się nie poznali, a już na pewno nie tutaj, i na pewno nie w ten sposób. Stąd ta moja prośba. A na koniec po prostu dziękuję Ci, mój drogi Czytelniku, za to, że mogę dzielić się z Tobą swoim życiem. Zabierz więc w dalszą naszą drogę po poniższej mapie wyjątkowego towarzysza – weź na drogę tego barana, weź tę owieczkę, niech przypomina Ci o Bożej Owczarni, której pasterz – najlepszy – jest tylko Jeden – Jezus Chrystus!



 

Komentarze

Inne "wypociny"