Na skrzyżowaniu dróg - czyli Jezus odchodząc, zostaje z Tobą
![]() |
| Panie, Tyś umarł, ale żyjesz, tak odchodząc - pozostań zawsze ze mną...! |
Niech będzie pochwalone Imię Pańskie!
Każdy z nas podąża różnymi drogami. Jedne z nich są kręte,
pełne wybojów, czasem ucieszysz się, drogi Czytelniku, jak zresztą większość z
ludzi, kiedy otworzy się przed nami szlak niczym autostrada, szeroki, gładki,
zazwyczaj prosty, aż chciałoby się powiedzieć – nudny. Jednak kiedy po
podróżowaniu na ogół takimi gorszej jakości, to wówczas czujemy nieopisaną
jakby ulgę, wkraczając na ten lepszy szlak. Nie jest to rozważanie jednak
istotą tego, co chcę dziś Ci powiedzieć, tudzież z czym chciałbym Cię zostawić
w naszych wielkanocnych rekolekcjach. A żeby tak się bardziej jednak stało, to muszę
Ci coś opowiedzieć.
Mieszkałem od dzieciństwa w malowniczo położonej wiosce
Dębinie. Jest ona oddalona niecałe dwa kilometry od miasta Kłodawy. Do szkoły
podstawowej, jeśli nie wiózł mnie samochodem mój tata, to chodziłem do niej na
pieszo, a już na pewno wracałem w taki właśnie sposób ze szkoły do domu. Kiedy
poszedłem do liceum, które też było w Kłodawie, to już zdecydowanie – zanim nie
uzyskało się prawa do jazdy – chodziłem pieszo te przeszło cztery kilometry tak
do samego liceum, jak i z powrotem także. I o ile droga do szkoły generalnie
nie należała w moim przypadku nigdy do jakiś wielkich przyjemności, bo z samego
rana trzeba było iść do miejsca, do którego – jak każdy uczeń – iść się po prostu
nie chciało zbytnio – w różne pogody, przez błota, śniegi także, to już
sytuacja wyglądała zdecydowanie inaczej, kiedy porównać drogę powrotną.
Wychodząc bowiem ze szkoły, na ogół szliśmy jakąś zwartą grupą, i tak w miarę
postępowania drogą, kolejno każdy z nas w pewnym momencie oddalał się już
bezpośrednio do swojego domu. Bywało niejednokrotnie, że wszyscy się
odprowadzaliśmy do swoich domów. Zapewne i Ty, drogi Czytelniku znasz tego typu
sytuacje, szczególnie jeśli urodziłeś/aś przed rokiem dwutysięcznym. Potem
bowiem wprowadzono obowiązek względem rodziców lub opiekunów dzieci, aby je ze
szkoły odbierali (oczywiście mowa o przypadkach dzieci z klas 1-3 szkoły
podstawowej).
Mówię to wszystko po to, żeby uzmysłowić Ci, jak zupełnie
inaczej wygląda droga, którą pokonuje się samemu, a jak droga, którą
przemierzasz idąc z kimś obok. I to nie ma wówczas znaczenia, jak takowa
wygląda. Droga, którą przemierza się z kimś, cechuje się tym, że idzie się
dziwnie jakoś szybciej, jakoś to podróżowanie „zlatuje” w czasie zupełnie
inaczej. Tematy rozmów również mogą być wszelakie, od bardziej pozytywnych,
przez negatywne i trudne – nie ma to jednak większego znaczenia w sposobie
pokonywania podróży, przynajmniej w ich większości.
To wszystko, o czym zdążyłem Ci powiedzieć, Czytelniku
kochany, ma swoje wysoce zakorzenione konotacje w głębszym pojmowaniu tematu.
Otóż, jeśli by tak rzucić na tapet temat eklezjalności, temat wspólnoty
Kościoła, to nie będzie niczym zdrożnym zauważyć, że większą szansę na dotarcie
do celu, jakim jest Królestwo Niebieskie, mamy we wspólnocie, nie samemu.
Owszem, wspólnota składać się może, o ile nawet nie powinna, z przeróżnych indywidualności,
jakie urozmaicają daną wspólnotę, ale to wciąż jest jednak wspólnota, czyli
zbiór osób mających konkretne cele, sposoby dotarcia i ogólnie pojętą wspólną
pomoc w ich realizowaniu. Myślę, że bardziej konkretnie i rzeczowo nie da się
opisać wspólnoty, jaką także jest Kościół. I my bowiem mamy konkretny cel –
zbawienie, i my próbujemy doń dotrzeć tymi samymi sposobami – sakramentami, na
czele z Eucharystią, modlitwą, lekturą Pisma Świętego, jak i próbujemy w tym wszystkim
sobie pomagać, albo chociaż nikomu nie przeszkadzać. Nie twierdzę jednak, że
pokonywanie drogi samemu w tym znaczeniu eklezjalnym jest niemożliwe, albo
wręcz że jest czymś złym, negatywnym. Ale jest to swego rodzaju wielkim
ułatwieniem, tudzież samo w sobie stanowi realną pomoc przez współpracę w takim
wspólnym kroczeniu.
Sam fakt, iż postanowiłem ten cykl „rekolekcji wielkanocnych”
pisać, czy umieszczać w różnym medium, już samo to może dla choćby jednej duszy
stanowić takie „towarzyszenie” na tej drodze, którą już idziemy wspólnie, drogi
Czytelniku. Tak więc, jak by się tak nad tym zastanowić głębiej, to nasza
podróż na „mapie Ucznia Zmartwychwstałego” na pewno pokonywana jest dla Ciebie
wspólnie ze mną. Jednak zauważmy, że zawsze towarzyszył nam Pan, przecież to „mapa
Ucznia ZMARTWYCHWSTAŁEGO”. Bo Pan towarzyszy nam w tej szczególnej pielgrzymce,
jak i w życiu. Szuka nas, kiedy zbłądzimy, jak ten Pasterz szuka tej zagubionej
w kniejach owcy, daje nam „poradnik” takiego pielgrzyma – Pismo Święte,
podpowiada, motywuje i zachęca do dalszych wysiłków, niczym trener
jakiegokolwiek zawodnika.
Ale przychodzi czas, nastaje ta specyficzna chwila, kiedy
tego „Bożego Trenera” nie czujesz, kiedy myślisz, że idziesz już absolutnie
sam. Wówczas droga pokonywana właśnie bez nikogo bywa, że się dłuży, zwracasz
wtedy większą uwagę na samą drogę, każdy kamyczek potrafi zaboleć pod butem,
koncentrując się na wówczas bardziej na sobie, zauważysz swój oddech,
dostrzeżesz swoje zmęczenie, a w teorii przybliżający się cel, jakby zatrzymuje
się na linii horyzontu, dając wrażenie, jakby szedł razem z Tobą, jakby się
wręcz oddalał, i nie masz komu nawet takiego spostrzeżenia powiedzieć, nie masz
komu się wyżalić na taki, czy inny stan rzeczy, na uniedogodnienia, jakie potrafią
w Twojej głowie dziwnie mocno narastać.
Tymczasem, kochany Czytelniku, to, że nie widzisz w nocy
słońca, nie znaczy, że go nie ma, a i nawet w tym przykładzie często widzisz
księżyc, które słoneczne światło odbija, byś jednak je zauważył. Podobnie i
Chrystus – wszakże wstępuje do Nieba, Apostołowie patrzący się za Nim wstępującym
do Ojca, oddalający się od nich, paradoksalnie czyni to po to, by być jeszcze
bliżej nich. Bóg się oddala, aby być jeszcze bliżej Ciebie! Ale nie masz Go
widzieć swoimi fizycznymi oczami, masz Go teraz dostrzec oczyma wiary! I – jak w
przykładzie słońca i księżyca – daje Ci na Twojej drodze życia pewnego rodzaju
księżyce, odbijające Jego światło, Jego obecność, którymi są Twoi przyjaciele,
rodzina, każdy człowiek, jaki stanie na tej Twojej ścieżce, każda sytuacja,
interakcja między nimi a Tobą to swego rodzaju spotkanie z Bogiem, może to nie
jest takie oczywiste, ale właśnie oczyma wiary ciężko nie zgodzić się na taki
stan rzeczy.
Ty zaś, krocząc – czysto teoretycznie – samemu, jesteś też poddany
pewnej próbie. Przecież oto w naszej (wspólnej) podróży masz wszystko, czego
potrzebujesz, żeby iść dalej, do celu. Są to naprawdę ważne elementy Twojego
podróżnego ekwipunku: PLECAK RADOŚCI, że Jezus umarł, ale żyje, nawet śmierć
nie stanowi dla Niego przeszkody, żeby Ci towarzyszyć; zawsze pełna BUTELKA
MIŁOSIERDZIA, którą dał Ci Pan, byś nie zasłabł/a w drodze, a kiedy już
rzeczywiście się potkniesz bez siły, kiedy pragnienie Boga stanie się nie do
zniesienia – zawsze możesz się napić i zregenerować swoje osłabłe siły;
PRZEWODNIK BIBLIJNY – Pismo Święte, które – jak się zgubisz – pokaże Ci drogę,
na którą możesz zawsze wrócić; DZWONEK PASTERSKI, który dodatkowo staje się
swego rodzaju zarówno kompasem, jak i daje jasny sygnał, że znajdując się w
jakimś niebezpieczeństwie – On przyjdzie Ci z pomocą i wybawi Cię od wszelkiego
zła, jeśli tylko zadzwonisz; NAMIOT MIŁOŚCI – kiedy potrzeba odpoczynku stanie
się realnym pragnieniem to właśnie kryjąc się weń, ustrzeżesz się od piekącego
słońca, jak i nieznośnego deszczu, czy zimna w Twojej wędrówce, abyś tą
miłością otoczony/a, mógł/a mieć schronienie w chwili do tego potrzebnej; BUTY
DZIAŁANIA, które mając na sobie, dostaniesz dodatkowego impulsu, żeby iść, żeby
pomóc iść także innym słabnącym, spragnionym czyjegokolwiek towarzystwa.
Natomiast w chwili Wniebowstąpienia dostaniesz ostatnią wskazówkę: „(…) A kiedy
ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba” – Łk 24, 51.
Tak więc ostatnim od Jezusa, co otrzymasz do swojego ekwipunku to BŁOGOSŁAWIEŃSTWO.
Pozwól, że wrócę do początku artykułu, gdzie mówiłem, jak
wychodzę do szkoły (nie tylko wszakże, ale przede wszystkim). Otóż wychodząc z domu
do szkoły z samego rana, mogłem nie zjeść śniadania, mogłem nie pić herbaty,
czy w późniejszym etapie kształcenia kawy, mogłem i zaspać lekko, ba, nawet
zdarzyło się nie wziąć plecaka (śmiech), ale jedno było ZAWSZE – krzyżyk na
czole, jaki robiła mi mama, kiedy już dosłownie stałem w progu drzwi
wyjściowych. Błogosławieństwo już w Biblii jest kuriozalną sprawą, tak samo
przecież jest po dziś dzień dla człowieka wierzącego, przynajmniej powinno być…
Weźmy na ten przykład domowy obrzęd błogosławieństwa, jakie dają swoim dzieciom
rodzice i teściowie tuż przed ślubem, na jaki dosłownie zaraz pojadą do
kościoła. Weźmy lekko już zatarte, niestety, słowa, jakie ongiś przed wyjściem
w drogę zwykło się mówić, a mianowicie: „Idź z Bogiem”, na które się odpowiadało
„zostań(cie) z Bogiem” – lub i odwrotnie. Naprawdę już rzadko, tylko w
ultra-nielicznych domach jeszcze na futrynie drzwi są zawieszony małe kropielnice,
które – odwrotnie jak w kościołach, o czym pisałem w ODNOWIE KOŚCIOŁA PRZEZ
LITURGIĘ w kontekście doń wejścia – była w nich woda święcona, którą maczając
dłoń, wykonywało się znak krzyża przed wyjściem z mieszkania czy domu.
Błogosławieństwo i jego naprawdę wielkie znaczenie dziś gdzieś nam się zaciera,
nie przywiązujemy do niego takiej wagi, jak nasi dziadkowie, czy i nierzadko
rodzice. Tymczasem owo błogosławieństwo, kto wie, może trzymało nas w tej
przysłowiowej „kupie”, zwiększało nasze morale, dawało niemały zapał do pracy,
do działania, do trwania. To tak, jak wierzący w Boga bokser w momencie gongu
rozpoczynającego walkę, czyni znak krzyża, jak skoczek, siedzący na belce przed
skokiem, żegna się pobożnie, wszelkiej maści sportowcy, którzy w Boga potrafią
się przeżegnać, i to nie tylko dla świadectwa przecież, a dlatego, że właśnie w
Bogu i Jego znaku zwycięstwa, szukają takowego dla siebie, prosząc Go o Jego
błogosławieństwo, o udany udział w zawodach, o szczęśliwy przebieg, ażeby także
bezpiecznie wrócili do swoich domów, do swoich rodzin, do ojczyzny.
I może jest ze mną coś nie-tak, nie wykluczam takiej opcji,
ale pamiętam, jak przed maturą, jak i w trakcie, przesiedziałem w kościele na
modlitwie, prosząc Boga o pomoc, o wsparcie. Dziś ze zdumieniem zauważam, że
młodych ludzi nawet w tak trudnym poniekąd dla nich momencie po prostu nie ma…
Wierzy się w „kopa” na szczęście, życzy połamania długopisów, a miejsca dla
Boga – niemały brak, niestety… Nie twierdzę, że modlitwa zastąpi naukę,
systematyczność przyjmowania wiedzy, oczywiście, że nie. Jednakowoż, jeśli dla
wierzącego młodego człowieka – bo, tu Cię zaskoczę może, Czytelniku, jeszcze tacy
naprawdę są – nawet, gdy Bóg i wiara nie są pustymi hasłami, sloganami, to
niestety, w tych czasach jesteśmy świadkami wielkiego kryzysu błogosławieństwa.
Wolimy ściągi i inne kombinacje, niż przyklęknąć choćby przed matką, że już nie
wspomnę o kapłanie w kościele, i prosić o ten krzyżyk na czole. Smutne to, ale
z czegoś wynika…
Może się także narodzić w tym miejscu ważne pytanie – ale jak
to, Chrystus żegna się z Apostołami i już Go nie będzie? Otóż samo
błogosławieństwo Boga zakłada, że się Go nad kimś wzywa. I owszem, Chrystus i
Jego realne życie, także to w „ciele uwielbionym” po Swoim zmartwychwstaniu,
dokładnie w scenie wniebowstąpienia nawet z punktu czystej logiki dobiega
końca. Ale nie w ogóle! Jak już wspominałem – Bóg odchodzi, by być jeszcze
bliżej! Zaraz pośle nam Swojego Ducha, o którym sobie jeszcze powiemy, i jakie
ma do dla nas konsekwencje. Ale Twój los po wniebowstąpieniu nie stał się dla
Boga obojętny! Co więcej – właśnie teraz masz tym bardziej iść w drogę,
wyposażony w najpotrzebniejsze dla Ciebie rzeczy i sprawy, wcześniej wymienione.
Jeszcze ważniejszym będzie stwierdzić, że Jezus mając nasze ludzkie ciało, w
momencie wstąpienia do nieba, ukazał je całemu niebieskiemu światu, a ten
zachwycony tym widokiem, jeszcze bardziej rozkochał się w tym nadzwyczajnym
dziele Boga Stwórcy, jakim jest człowiek, jakim jestem ja i Ty, kochany
Czytelniku. Tam już na nas czekają! I to nie tylko Twoi bliscy zmarli
przodkowie, dziadowie, ojcowie, niejednokrotnie i dzieci, ale CAŁE NIEBO TĘSKNI
ZA TOBĄ! I tak, jak Chrystus nie mogąc się na Ciebie doczekać jest żywo obecny
w sakramencie Eucharystii, realnie w Swoim Ciele i Krwi, które wziął z chleba i
wina z kroplą wody, tak i Niebieski Świat w Bożym błogosławieństwie zsyła Ci
potęgę swoją, abyś nie zatrzymał się na swojej drodze życia, ale żebyś nią
szedł z podniesioną głową, bo jesteś dziedzicem niebios!
Cóż więc – mając pełną świadomość, jak wygląda i co niesie ze
sobą Boże błogosławieństwo – mogą znaczyć trud, zmęczenie, obelgi, oszczerstwa,
plotki, donosy, a nawet śmierć, przecież pokonana przez Pana Jezusa, w tak
pięknej perspektywie wieczności? Problem leży tylko i wyłącznie w naszej
ludzkiej naturze, bo rzeczywiście – po ludzku wszystko to zło potrafi podciąć
konkretnie skrzydła, potrafi człowieka przytłoczyć, często zderzamy się z taką
naszą rzeczywistością ziemską, niczym o ścianę, gruby mur z głębokimi fundamentami.
Ale właśnie Bóg Ci błogosławi, żebyś ten mur naprawdę przebił, nawet nie
obszedł, ale centralnie byś go permanentnie przebił! I na pewno na ten trud nie
zostawia Cię samego. Jezus nie wszedł do nieba, by sobie spokojnie siedzieć na
jakimś tronie, nie jest władcą, który kieruje bitwą z jakiegoś pagórka i tam
obmyśla strategie wszelakie na kolejne bitwy ze złem. On sam prowadzi pierwszy
się wyrywa do walki, sam bierze na siebie ciężar wrogiego uderzenia i woła
PÓJDŹ ZA MNĄ, żebyśmy biegnąc za Nim również w tej walce uczestniczyli. Taką
wskazówkę daje nam Pan w scenie Swojego wstąpienia do Nieba. Innymi słowy –
wejście Pana do chwały absolutnie nie znaczy końca, ale właśnie początek, nowy
początek. To właśnie teraz trzeba wziąć się w garść i nie płakać, bo Pan nas
opuszcza, ale wstać z kolan, rozejrzeć się wkoło, gdzie biegnie nasz Pan, aby
tam właśnie się znaleźć i wojować dobrem na napotkane zło.
Tak więc – na naszej „Mapie Ucznia Zmartwychwstałego” tylko
pozornie idziesz sam, bo – jak mawiał papież Benedykt – „kto wierzy, nigdy nie
jest sam”. Tym bardziej weź się w garść i idź, a kogo napotkasz na swojej
drodze – nie bój się mówić, dokąd idziesz i z Kim idziesz. Pomagaj, pokazuj
drogę, bierz pod pachę swoich bliskich i także pomagaj iść innym, którzy
zgubili drogę, zgubili swój plecak, jaki i im dał Chrystus. Idź i błogosław!
.png)





Komentarze