ODNOWA KOŚCIOŁA PRZEZ LITURGIĘ - Procesja do ołtarza (IV)
Niech będzie pochwalone Imię Pańskie!
Nie mięknąc w ostatnim czasie, i trochę nawet z jakieś formy
ni to przyzwyczajenia, ni większym planem się kierując, wypisuję Ci, drogi
Czytelniku, parę słów, czasem nawet mądrzejszych, czasem kierowanych dosłownie
z potrzeby serca, które - tak się staram - są kierowane Słowem Bożym lub większym przesłaniem
danego Dnia Pańskiego w okresie wielkanocnym. Kto wie, może ten trend uda mi
się jakoś kontynuować na następne i jeszcze następne...? Jednakże taki spontaniczny pomysł
„rekolekcji wielkanocnych” i podążanie po wymyślonej „mapie ucznia Zmartwychwstałego”
uważam za nie taki znowuż mocno zły, aczkolwiek najwyższy czas wrócić do
naprawdę potrzebnego innego projektu, jaki tu zacząłem, z myślą, aby Twoje
przeżycie najważniejszego i najjedyniejszego w swoim rodzaju sakramentu, jakim
jest Eucharystia, kochany Czytelniku, żeby również bardziej nie był już odkładany i
wrzucony do szufladki z napisem „na potem”. Tym projektem jest ODNOWA KOŚCIOŁA
PRZEZ LITURGIĘ.
Zakończyliśmy na wszystkich czynnościach, jakie mają miejsce
tuż przed liturgią, dosłownie od momentu Twojego przekroczenia progu świątyni
do dźwięku tzw. sygnaturki, która w odpowiednim czasie rozbrzmiewa po świątyni.
No i właśnie – kolejnym, czym wypada się zająć, to już same
obrzędy Eucharystii. Po krótce chciałbym w tym miejscu zarysować swego rodzaju
ramowy opis, mapę, która w wielkim uproszczeniu streszcza przebieg każdej
Eucharystii. Najprościej więc Eucharystię podzielić można na następujące
komponenty:
- Obrzędy wstępne
- Liturgię Słowa
- Liturgię Eucharystyczną
- Obrzędy Komunii
- Obrzęd zakończenia i błogosławieństwo.
Każda z wymienionych części składa się z odpowiednich sobie elementów, które będę Ci zarysowywał, Czytelniku drogi, abyś będąc sam już na
danej liturgii, może i ewentualnie sobie to wszystko w takim „rzucie na taśmę” przypominając, mógł przeżyć głębiej, a na pewno "inaczej" liturgię –
najcenniejsze, co posiada Kościół – Eucharystię.
No to powoli ruszając w drogę, zacznijmy od następnego, co
spotkamy w naszej wizycie w świątyni, a właściwie to usłyszymy, ponieważ jest
to dźwięk tzw. sygnaturki, czyli dzwonka, który powinien znajdować się przy
drzwiach, lub w jakieś formie przejścia z zakrystii do samej świątyni, gdzie
posługujący, na czele z samym kapłanem, lub kapłanami, po uprzednim
przygotowaniu, ruszają rozpoczynać Eucharystię. To wejście kapłana, w większej
lub mniejszej procesji, rozpoczyna wspomniane „Obrzędy wstępne”.
I właśnie tutaj jednak wypada się lekko cofnąć w czasie.
Otóż bowiem – przypomnij sobie, kochany Czytelniku – jak mówiłem, że dla Ciebie
Eucharystia rozpoczyna się z chwilą Twojego wejścia do świątyni. Nie inaczej ma
się rzecz również od strony kulis, czyli popularnie nazywanej zakrystii, gdzie
znajdują się paramenta liturgiczne, szaty kapłanów i posługujących i inne mniej
lub bardziej potrzebne liturgii wszelkiej maści sprzęty. Tam właśnie zaczyna
się stricte, prawdziwe przygotowanie do danej liturgii. Posługujący, jak i kapłan odmawiają także
tam przed celebracją odpowiednią modlitwę. I tutaj pozwolę ją tutaj przytoczyć:
„Oto za chwilę przystąpię do ołtarza Bożego: do Boga,
który rozwesela młodość moją: Do świętej przystępuje służby: Chcę ją dobrze
pełnić: Proszę Cię, Panie Jezu, o łaskę skupienia, by myśli moje były przy
Tobie, by oczy moje były zwrócone na ołtarz, a serce moje oddane tylko Tobie.
Amen”
Czynię to przytoczenie tych słów tzw. „Modlitwy Ministranta Przed
Służeniem” z kilku powodów. Najważniejszym w moim mniemaniu jest to, jak piękna jest ta modlitwa! Wskazuje ona na kilka naprawdę istotnych kwestii, na tyle wagi wielkiej, że choć teraz będę
odnosił się do ministrantów, to zdecydowanie możesz przypisać sobie(!) wyjaśnienie
tej modlitwy. Wskazuje ona bowiem na zbliżający się moment, kiedy ministrant (i
nie tylko, bo możesz i Ty wziąć do siebie te słowa) przystępuje do ołtarza, aby
służyć podczas Mszy Świętej. W tejże modlitwie nie brak i odniesienia do Pana Boga jako źródła radości i
młodzieńczej energii, która pozwala na pełnienie służby ołtarza, na zapał
modlitwy także tej Twojej, siedząc w kościelnej ławie. Tam pojawia się także
stwierdzenie podkreślające, że służba ołtarza, ale i w ogóle modlitwa podczas
Eucharystii, jest święta i pełna znaczenia i nie brak tu także pragnienia, aby
ministrant (a co za tym idzie także i Ty) pełnił swoją służbę sumiennie i z radością. No i
także i oczy WSZYSTKICH, nie tylko przecież ministranta, były skierowane na ołtarz, a
serce oddane po prostu Bogu! Do wcześniej Ci proponowanych modlitw przed Mszą
Świętą – polecam rozważyć więc także i tę, Liturgicznej Służby Ołtarza.
Kiedy osoby w zakrystii odmówią tą modlitwę, zanim wyruszą do zasadniczej części świątyni, winni zachować świętą ciszę. Sam będąc przez wiele lat ministrantem, a i wciąż mając się za takiego (bo „ministro”, „ministrare” to z łaciny znaczy: „służyć”, a służyć kapłan z chwilą święceń przecież nie kończy, a wręcz przeciwnie) taki zwyczaj uważam za niezwykle ważny. Często bowiem właśnie ci posługujący, mając koncentrować się na godnej służbie, pięknych gestach, jak najlepiej odczytywanym Słowie Bożym, sami są w tej grupie ryzyka, że mogą zapomnieć o najważniejszym, o istocie spotkania z Bogiem, Który przecież i ich pragnie dotykać, spotkać. Często sam podkreślałem jako ministrant, a i nie przestaję tego robić jako kapłan, że może dochodzić do takiej sytuacji że dbając o piękno liturgii, dbając o przeżycie wspólnoty, sami wpadamy w pułapkę, że ta istota gdzieś potrafi uciec, że to nasze przeżywanie potrafi się koncentrować na formie, zapominając poniekąd o treści. Ta cisza pełni wtedy nawet kluczową – nie przesadzam – rolę, że to taki ostatni moment, żeby sobie przypomnieć, po co jestem teraz w świątyni, dla kogo tu jestem, o co chcę prosić, za co podziękować Bogu.
To trochę taki moment, jaki ma pięściarz tuż przed walką, jak sam, już bez trenera, już bez całego sztabu ludzi, którzy troszczą się o jego zdrowie, kondycję, o marketing swojego wojownika – on sam ma tę naprawdę ważną chwilę bycia samemu ze sobą, że ma tę jedyną chwilą, aby się ogarnąć, wyłączyć wszelkie zbędne, przeszkadzające bodźce, żeby ukierunkować swoją adrenalinę, zebrać do kupy swoje myśli i swojego ducha, aby dać z siebie wszystko. Przykład ten ma jedną właściwie różnicę: pięściarz czyni to dla siebie, kapłan robi to dla Boga(!).
Ciszę tę w zakrystii
przerwie różna w zależności komenda w zależności od okoliczności. Najczęstszą
jest kapłańskie „K: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana, W: Który stworzył niebo
i ziemię” i czyniony przy tym znak krzyża. Przed wielu laty spodobało mi się
także ewentualnie zastępowalne kolejne zawołanie ministranckie: „K: Pójdźmy do
ołtarza, W: Aby służyć Panu”, które w tej skromności oddaje ujmująco, gdzie
teraz idziemy i po co. I właśnie wtedy następuje…
…dzwonek sygnaturki, do którego już wracamy. Jest to sygnał,
że wyrusza procesja do prezbiterium, do strefy sacrum. Na ten dźwięk organy
rozpoczynają grę, organista śpiew, a lud wiernych już powinien kończyć swoje
modlitwy i swoje obrzędy wstępne, i wszyscy w postawie stojącej towarzyszą
kapłanowi/kapłanom i posługującym. Ma to swoje historyczne odniesienie ze
świata świeckiego, a konkretnie mówiąc ze starożytnego Rzymu i odpowiednich mu sądów, gdzie nadrzędnym, zresztą i po dziś dzień, jest system prawa rzymskiego, które - raz jeszcze podkreślam nie stwierdzając niczego zaskakującego - także zostało kontynuowane w dzisiejszym świecie w
sądownictwie, gdzie na samym początku, przy wejściu sędziów do danej sali
obrad, na komendę wyznaczonej osoby pilnującej porządku, tak tysiące lat temu,
tak po dziś dzień można usłyszeć słowa typu „proszę wstać, sąd idzie”. W
omawianiu liturgii już zauważmy, że jeśli uważasz, że w liturgii katolickiej po
Vaticanum II nie ma odniesień kapłana do godności Chrystusowych jako do
godności króla czy właśnie sędziego, to jesteś troszkę w błędzie. Bo już samo wejście
kapłana ma to na celu, aby dokładnie to pokazać, do właśnie tego nawiązać, że kapłan jako „alter Christus”
jest w tej chwili sędzią mocą Chrystusowego Kapłaństwa. Co się tyczy
królewskiej formy – nie będziemy na nią długo czekać, ale do tego królewskiego
aspektu wrócimy w następnym felietonie, bo już pisząc te słowa, mam wrażenie,
że niniejsze wypociny również do krótszych, a więc i bardziej przystępnych
rozumowo, należeć jednak nie będą.
Kiedy posługujący wejdą już do prezbiterium, i kapłan wraz z nimi, następuje oddanie czci Najświętszemu Sakramentowi przez przyklęknięcie – bo przecież jest w tabernakulum, nie licząc dwóch dni w roku, o których w innych miejscach mówiłem: o Wielkim Piątku i Wielkiej Sobocie – a następnie kapłan lub kapłani, jeśli jest ich więcej czynią jeden z najpiękniejszych, jeśli nie NAJPIĘKNIEJSZY gest w liturgii – całują ołtarz.
Miejsce, gdzie upamiętnimy ofiarę Chrystusa, miejsce,
gdzie na głos kapłana Chrystus, Boży Syn, zstąpi swoim majestatem w chleb i w
wino, jest całowane przez kapłana. Ośmielę się tutaj nadmienić, że chyba nie
istnieje bardziej oddający cześć gest, jaki może wyrazić swoją miłość człowiek,
jak rzeczony pocałunek. Niemodnym, a wręcz przez niektóre grupy oburzającym, staje się
pocałunek kobiety w rękę, czego – przyznam się najszczerzej – nie rozumiem i nie umiem pojąć.
Przecież to najgłębsza cześć, jaką może oddać mężczyzna kobiecie, jako tej,
która ma być synonimem piękna, ciepła, czułości, wrażliwości, jak i również
oddanie czci jako matce, która zrodziła lub po prostu może wydać na świat swoje dziecko; matce która ofiarowała swój trud
wstawania w niezliczone noce do płaczącej pociechy, która sobie niejednokrotnie
odejmowała od ust na rzecz dziecka, która wychowała dziecko często w różnych warunkach,
różnych sytuacjach. Ciężko o bardziej wywyższający kobietę w społeczeństwie
gest! No ale nie każdy, widać, musi się ze mną zgadzać. W każdym razie taki
jest mój punkt widzenia. Nie wspominam już ze względu na to, aby wręcz nie urazić
Twojej inteligencji, Czytelniku kochany, jak ważnym a i potrzebnym gestem jest
pocałunek ludzi, którzy się po prostu kochają. No i właśnie poniekąd tym gestem
pocałunku kapłana mamy pokazane, kto jest jego „ukochaną, lubą, umiłowaną”.
Ksiądz zazwyczaj nie całuje kobiety (no chyba właśnie, że w rękę), a przynajmniej na
pewno nie ten naprawdę prawy, rzeklibyśmy "ortodoksyjny", on całuje ołtarz Pański na znak czci,
ale i na znak właśnie miłości.
W prezbiterium najczęściej bywa, że jest wyodrębnione
miejsce, do którego kapłan uda się po pocałunku ołtarza, a jest to tzw. miejsce
przewodniczenia. W swojej bowiem mądrości Kościół uznał, że skoro kapłan tak
wielką oddający cześć ołtarzowi, że skoro na ołtarzu mają się dziać rzeczy tak
święte, że bardziej świętszych żaden człowiek nie jest nawet w stanie wymyślić,
co dopiero wykonać, to jednak nie wypada, że tak to w skrócie nazwę, żeby
rozpoczynał przy nim liturgię, czy przywoływał intencje, etc, - innymi słowy – robił
wszystko inne poza ofiarą Chrystusa. Stąd w ogóle sens miejsca przewodniczenia.
Aczkolwiek nie jest i nie może być jakimś wykroczeniem, kiedy takiego nie ma,
bo i tak się zdarza, że właśnie z ołtarza rozpoczyna się i kończy Eucharystia.
Jednakże, jak już stricte o tym mowa, samo miejsce przy ołtarzu już takim obojętnym
nie jest. Na samym środku bowiem swoje miejsce ma główny celebrans i tylko on
tam stać podczas liturgii wszelakich powinien. Miejsce dla koncelebransów jest
wówczas po boku, podobnie i miejsce dla diakona, czy ministranta, który może
stać przy mszale i kartkować go kapłanowi, aby on nie musiał dotykać księgi
rękoma, którymi dotyka Ciało i Kielich z Krwią Chrystusa. Każda interakcja
kogokolwiek wręcz podczas Eucharystii winna omijać to miejsce głównego
celebransa, stojąc choćby obok, ale nie na nim bezpośrednio. Warto więc
zauważyć, że koncelebrans, który ma w odpowiedniej chwili wypowiedzieć
odpowiednie dla niego modlitwy, powinien stać choć minimalnie, ale
jednak obok tego miejsca. Ale to już swego rodzaju ciekawostka, jednak myślę,
że na tyle godna uwagi i pokazująca, że jak w tym właśnie miejscu główny
celebrans całował ołtarz, to ten wyjątkowego rodzaju „związek” jest już w danej
liturgii tylko i wyłącznie jemu zarezerwowany.
Zanim kapłan otworzy usta rozpoczynając omawianą eucharystię, co
patrząc na obszerność treści tego materiału już zaistniałą wybitnie odwlekam ten moment, kontynuować to
otwarcie ust zostawię Ci na następny raz naszych rozważań, kochany Czytelniku. Niemniej jednak jeszcze pragnę zaznaczyć tutaj kolejny inny wspominany fakt procesji, wobec
którego przejść obojętnie zbytnio się jednak nie godzi. Każda bowiem procesja
cieszy się zarezerwowaną sobie symboliką i znaczeniem. Inne będą w przypadku
procesji rezurekcyjnej, inne w procesji eucharystycznej, inne jeszcze w
procesji komunijnej, o której powiemy sobie dużo później, bo też przecież
dotyczy liturgii, ale i ta procesja wejścia ma bowiem także inne jeszcze znaczenie, i
wcale nie jest one nieważne.
Wspominałem już o symbolice sądowniczej, jeśli można to tak określić. Ale zauważmy także kolejność obecnych na tejże procesji osób. A tu omówić pragnę tę chyba najbardziej uroczystą, bo najwięcej w niej występuje, a co za tym idzie, i mnogość symboli również nie należy do małych.
Zapewne na samym początku idzie krzyż, prawda? Oczywistym byłoby odpowiedzieć, że naturalnie tak, ale na początku krzyż poprzedzają w uroczystej procesji posługujący z kadzidłem, które dymi, jak i z kadzidłem, które będzie zasypywane po dojściu do ołtarza. Tym samym ten symbol modlitwy, które ma unosić się przed Bogiem, niczym dym kadzidła (por. Ps 141, 2) zarówno zapowiada naszą wolę modlitwy podczas rozpoczynającej się liturgii, jak i sam już dym kadzidła okadza krzyż procesyjny, dając wyraz powagi i znaczenia ofiary Jezusa na krzyżu. Sama zaś woń kadzidła napełniając wnętrze świątyni, niejako – jak już wspomniałem – ma podświadomie nadawać kierunek modlitwy i sama z siebie wskazuje na wybitny kult oddawany dosłownie za moment Chrystusowi w dalszej części liturgii. Bo w istocie – swego rodzaju gestem świadczącym o oddawaniu czci tylko i wyłącznie Bogu jest właśnie okadzenie dymem kadzidła. Idąc bowiem dalej kadzidło okadzać będzie ołtarz, a więc zaraz po tym jak po ludzku niejako odda cześć kapłan ołtarzowi całując go, zaraz go także okadzi obchodząc go wokół. Po drodze okadzi również wnoszony w procesji krzyż, będący już koło ołtarza i paschał, jeśli jest okres wielkanocny, bo wówczas powinien on się znajdować koło ołtarza właśnie.
Wracając do procesji – krzyżowi, dla podkreślenia jego
rangi, towarzyszyć winny po bokach świece, tzw. akolitki, bądź kandelabry, bo Chrystus
jest także Światłem oświecającym mroki grzechu. Tu także – jeśli jest okres
wielkanocny, to dla podkreślenia rangi znowuż paschału, wówczas świec się nie używa,
bo światło paschału uświęconego w Liturgii Wigilii Paschalnej jest symbolem
nadrzędnym wspomnianego Chrystusowego Światła.
Za nimi idą poszczególni posługujący, zazwyczaj od najmłodszego do najstarszego. To także jest swego rodzaju podkreślenie nie tyle praktycyzmu (że starsi ministranci idą bliżej kapłana, bo wykonują więcej czynności liturgicznych), co tego, że dzieci, ci najmłodsi, mają pierwszeństwo w przystępie do Boga (por. Mk 10, 13-16). Całą stawkę zamykać powinien niosący księgę ewangeliarza, jak sama nazwa wskazuje, z którego proklamowana będzie Ewangelia w liturgii. Po nim zaś do ołtarza przystępować powinni wszyscy sprawujący liturgię kapłani, na którego końcu idzie ten główny celebrans, alter Christus.
Mamy więc w samej jedynie procesji wejścia swego rodzaju trzy symbole obecności
Chrystusa w liturgii – KRZYŻ, EWANGELIARZ i KAPŁANA. Obok tego ostatniego iść
powinien ceremoniarz, czyli ten z ministrantów, zazwyczaj najbardziej
doświadczony, starszy, który właściwie on odpowiadać powinien za przebieg akcji
liturgicznych, czasem podpowiadający kapłanowi, jeśli jest taka potrzeba,
czuwający nad resztą tej „świętej załogi”. Jeśli kogoś ma słuchać główny
celebrans na liturgii to owszem – ceremoniarza, który więc wypada, aby miał
odpowiednią wiedzę i praktykę posługi.
Tak się zaczyna Eucharystia. Liczne dźwięki, osoby w szatach liturgicznych (same szaty to temat na niekrótką rozprawkę), sposób i tempo wejścia i te bezpośrednio przed liturgią czynności posługujących, jak widzisz, kochany Czytelniku, już one same z siebie stanowią piękną teologię, kierują zmysły i ducha na Boga, Który działa w swoim i kościele, i w Kościele. Ważnym też jest sobie uświadomić tutaj jedną rzecz – KAŻDA LITURGIA ma to wszystko, co tu zaczynam wymieniać, i nad czym szerzej się osobiście zastanawiam, i Tobie, kochany Czytelniku, ku głębszemu przeżyciu liturgii podaję. Czy jesteś na uroczystej Mszy Świętej z biskupem, czy skromy wikary będzie sprawował Mszę Świętą; czy odprawia się Ją w jakimś sanktuarium okupowanym przez rzesze wiernych, czy kapłan odprawia ją przy jakimś bocznym ołtarzu w maleńkim kościółku samotnie, czy na plaży nad brzegiem morza (a piszący miał taką cudowną okazję); czy jest odprawiana w niedzielę w południe, czy w tygodniu zimą o poranku, gdzie daleeeeeko jeszcze do wschodu słonecznego i kondycja psychosomatyczna człowieka bywa wybitnie potrzebująca jakiegokolwiek „rannego rozruchu”. Każda z wymienionych sytuacji, a i też nie, już z pierwszym dźwiękiem wspomnianej wyżej sygnaturki, świadczy o tym, że przychodzi do Ciebie sam Bóg, i chce czynić dla Ciebie największe cuda w Twoim życiu. Myślę, że świadomość tego, choćby po szóstej rano, czy kiedykolwiek, naprawdę pomogłaby przeżyć Mszę Świętą, i to nie tylko w stopniu zadowalającym Boga, ale i zadowalającym i samego Ciebie.
Stąd te pierwsze chwile w świątyni są naprawdę ważne. I albo
sobie w nich pomożesz, albo wręcz przeciwnie. A Chrystus przychodzi – w
trójnasób, i za każdym razem, aby za Ciebie i Twoje sprawy, uobecnić Swoją
ofiarę na Golgocie. Nie bądź na to obojętny/a.





Komentarze