ODNOWA KOŚCIOŁA PRZEZ LITURGIĘ - OBRZEDY WSTĘPNE (V)

 

W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla ks. prał. Sławka, mojego proboszcza praktyk diakońskich w Kramsku, z których zresztą pochodzi to zdjęcie.

Niech będzie pochwalone Imię Pańskie!

To już piąty felieton z cyklu „Odnowa Kościoła przez Liturgię”, jaki pragnę Ci zaprezentować, kochany Czytelniku, a tak w sumie jak by się tak nad nim zastanowić, to omawianie Liturgii Mszy Świętej de facto zaczyna. Ale jak już o wszelkiej maści początkach mowa, to może warto wiedzieć, czym się dziś realnie przyjrzymy.

Otóż, jak zaznaczałem to poprzednio, Mszę Świętą można byłoby podzielić na kilka Jej konstytutywnych elementów, jakimi są:

  • Obrzędy wstępne
  • Liturgia Słowa
  • Liturgia Eucharystyczna
  • Obrzędy Komunii
  • Obrzęd zakończenia i błogosławieństwo

Pierwszym z takich zagadnień – jak widać – są OBRZĘDY WSTĘPNE. Wbrew pozorom nie dotyczą one dotychczasowych tematów, jak wejście do kościoła, zajęcie miejsca, wzbudzenie intencji, czy procesja wejścia asysty z kapłanem. Obrzędy wstępne również możemy rozłożyć na czynniki pierwsze. W ten oto sposób wymienić w nich możemy następujące elementy:

  • Znak krzyża
  • Pozdrowienie
  • Wprowadzenie do Liturgii
  • Akt pokutny
  • Hymn „Gloria in excelsis Deo” („Chwała na wysokości Bogu”) – używany w niedziele, uroczystości i święta
  • Kolekta

Obrzędy wstępne Liturgii, jak wyżej wspomniałem, rozpoczynają się w chwili wspólnotowego czynionego ZNAKU KRZYŻA. Bo w istocie - tym razem, niniejsze dywagacje będą dotyczyć naprawdę już samej celebracji. Rzecz jasna, jeśli czytałeś/aś dotychczasowe wspomniane już cztery artykuły w tymże temacie, to wiesz już doskonale, że Msza Święta zaczyna się w chwili wejścia do świątyni, kiedy czynisz znak krzyża ręką, którą dopiero co umoczyłeś/aś w wodzie święconej, zawsze obecnej przy wszelkich drzwiach kościelnych. Tym razem jednak znak krzyża czynić będzie główny celebrans z miejsca przewodniczenia, zapraszając do rozpoczynającej się modlitwy całej zgromadzonej wspólnoty. Innymi słowy – wcześniej początek Liturgii miał charakter bardziej subiektywny, prywatny, taki jakby bardziej „Twój”, natomiast teraz czyniony znak krzyża ma charakter już prawdziwie wspólnotowy – stąd celebrans nie będzie wykonywał go sam, ale zaprasza do tej czynności cały ogół wiernych. To poniekąd karze nam stwierdzić, że z chwilą tego wyjątkowego gestu dla wszystkich chrześcijan – kończysz już swoją prywatną modlitwę przed Eucharystią, a zaczynasz Nią samą, razem ze wszystkimi obecnymi w świątyni. Jeszcze inaczej zaznaczając, drogi Czytelniku, Twoja Msza Święta staje się NASZĄ Mszą Świętą.

No ale to oczywiście tylko jedno z wielu znaczeń znaku krzyża czynionego na swoim ciele. Tak się bowiem składa, że znak krzyża czyniony przez kapłana i zgromadzonych wiernych ma za zadanie przede wszystkim uświadomić wszystkim, że zgromadzili się w imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Zawsze bowiem towarzyszą mu słowa: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Samo w sobie stanowi to wyjątkową modlitwę! Niech więc Cię nigdy nie zdziwi ani nie zaskoczy, Czytelniku szanowny, jeśli będąc w konfesjonale usłyszysz, że za pokutę dostaniesz pobożne przeżegnanie się znakiem krzyża. Wszak o prostszą już naprawdę trudno, ale jednak to wyjątkowa i czyniona z pełną wiarą i mocą – to naprawdę potężna modlitwa(!).

Znak krzyża, jaki czynisz przyzywając obecności Trójcy Przenajświętszej to także wyraz miłości, bo to ten Bóg tak Cię kocha, że właśnie poprzez krzyż zapragnął w swoim zamyśle poświęcić Ci się wręcz calusieńki. KRZYŻ = MIŁOŚĆ, czyli już samą miłością rozpoczynamy Ucztę Miłości, Eucharystię.

Znak krzyża  nawiązuje także do sakramentu chrztu świętego, bo właśnie – Czytelniku – zostałeś ochrzczony „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Ten zaś fakt stanowi swego rodzaju przypomnienie, że jesteśmy zdolni do udziału w kapłańskim posłannictwie Chrystusa, a to w szczególny sposób wypełnia się nigdzie indziej, jak właśnie w Eucharystii.

Tak podsumowując, widzisz jak prosty gest, będący najprostszą chyba modlitwą, można założyć zdecydowanie, że mamy prawo, mamy niepisany zaszczyt, ale i zarazem obowiązek uczestniczenia w tak doniosłym wydarzeniu, jakim jest Eucharystia, dlatego właśnie znak krzyża, kochany Czytelniku, jeśli go robisz czy prywatnie, czy tym bardziej we wspólnocie Kościoła – rób go naprawdę i „z głową”, ale i „z sercem” – pobożnie, nie spiesząc się, nie „omiatać much”, tylko z wiarą i czcią uczynić ten gest sam w sobie modlitwą.

Po tym pierwszym otwarciu ust przez kapłana następuje tzw. POZDROWIENIE. Mszał Rzymski, księga służąca do sprawowania Mszy Świętej, podaje kilka wariantów. Pierwszym, najbardziej podstawowym, a zarazem najstarszym, jest wezwanie „Pan z Wami”. Są jeszcze następujące: „Miłość Boga Ojca, łaska naszego Pana, Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi”, dalej: „Łaska i pokój od Boga, naszego Ojca, i od Pana Jezusa Chrystusa niech będą z wami.”, następne: „Łaska i pokój od Tego, Który jest i Który był, i Który przychodzi, niech będą z wami.” I jeszcze ostatnie, jakie cytuję z Mszału Rzymskiego: „Łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa niech będzie z wami.”. Biskup zaś, jako mający pełnię święceń, może również zwrócić się krótszym wezwaniem „Pokój z Wami”. Znamiennym jednak jest odpowiedź ludu Bożego na to wezwanie, ale o tym za momencik. Warto bowiem wrócić się do tego podstawowego wezwania „Pan z Wami”. To pozdrowienie jest zaczerpnięte z księgi Rut: „A oto Booz przybył z Betlejem i powiedział do żniwiarzy: Niech będzie z Wami! -Niech błogosławi ci Pan – odpowiedzieli mu.” (Rt 2,4) W podobny sposób Archanioł Boży, Gabriel, pozdrowił Maryję w scenie zwiastowania: „Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą.” (Łk 1,28) Pozdrowienie to zastosowane podczas Eucharystii ma nade wszystko oznajmiać wszystkim zgromadzonym tajemnicę Chrystusa, Który w Liturgii jest rzeczywiście obecny. Co więcej, podczas dosłownie całej akcji liturgicznej, jeśli można to tak nazwać, coraz ta obecność się niejako potęguje, narasta.

Zawsze, na którekolwiek pozdrowienie zastosowane przez jakiegokolwiek kapłana, czy i w wariancie biskupim także, Czytelniku drogi, odpowiesz tym samym, tymi przypisanymi konkretnie do tej chwili słowami: „I z duchem Twoim”. Tutaj także dobrze byłoby się chwilkę zatrzymać nad tym zagadnieniem. Otóż wypowiadając te słowa w odpowiedzi celebransa na zastosowane pozdrowienie, niejako wspomina się samego Ducha Świętego. Kapłan bowiem w chwili swoich święceń otrzymał szczególną Jego moc, dzięki której w ogóle może konsekrować swoją posługą chleb i wino w Ciało i Krew Pana. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że kiedy odpowiadamy właśnie tak kapłanowi, to poniekąd odnosimy się do naszej radości, że wśród naszego zgromadzenia jest osoba, która przyjęła świecenia kapłańskie. Myślę, że odniesienie się do Ducha Świętego w osobie danego celebransa mogą stanowić jedne z krótszych ukrytych w swoim znaczeniu życzeń radości i dumy, że właśnie taki ktoś w tym właśnie momencie jest z nami i realnie posiadając Ducha Świętego w sobie, mocą Chrystusowego kapłaństwa będzie sprawował nad Tobą, Czytelniku drogi, swoją modlitwę. I właśnie jako taką – modlitwę – najkrótszą i zarazem niemniej piękną, jak wszelkie zanoszone do Boga „margaretki”, Msze Święte wprost za kapłanów sprawowane, różańce, wszelkie koronki, można śmiało traktować. To najkrótsza modlitwa za kapłana.

Po takiej swego rodzaju wymianie serdeczności względem celebransa do ludu i odwrotnie, może – choć nie zawsze musi – nastąpić WPROWADZENIE DO LITURGII. Wszak nie musi ono mieć miejsca, ale osobiście uważam, że nawet z tytułu jakieś takiej pustki, która byłaby nader odczuwalna, wypada jednak do danej Liturgii wprowadzić. Tak bardzo chyba się już do takiego wprowadzenia przyzwyczailiśmy, że jakby nam czegoś brakowało, gdyby takowe wprowadzenie ominąć. Myślę też, że może ono naprawdę pomóc przeżyć daną Eucharystię. Nie mam tutaj też na myśli takich oczywistości, jak wspomnienie jakiegoś świętego, bo naprawdę rzeczą chyba nawet potrzebną wówczas wydaje się, żeby o danym świętym powiedzieć te kilka słów: kiedy żył, ile żył, skąd pochodził, czym zasłynął, a co za tym idzie – dlaczego właśnie dziś, teraz, w tej konkretnej Liturgii aż tak zasłużył się Kościołowi, że nie dość, że Kościół wyniósł danego świętego na ołtarze w ogóle, to czemu właśnie w tej konkretnej Liturgii każdy z uczestników będzie za jego wstawiennictwem modlił się do Boga w swoich intencjach. Mam jednak bardziej na myśli też najkrótszy chociaż komentarz, jakim opatrzeć wypada daną Liturgię Słowa, na konkretnej Liturgii cytowaną. Bo może i łatwo i przyjemnie byłoby darować sobie to wprowadzenie, ale rzeczą naprawdę ułatwiającą przeżycie Mszy Świętej byłoby cokolwiek przybliżyć sobie z tej akurat sceny Pisma, jaką Święta Matka Kościół podaje w ten konkretny dzień do naszych rozważań. Istnieje tu jednak jakaś forma ryzyka, żeby z wprowadzenia do Mszy Świętej uczynić homilię. Nie jest to jednak na nią czas, dlatego samo w sobie wprowadzenie powinno cechować się prostotą, a co za tym idzie, nie może zbyt długie. Poza tym dobre wprowadzenie do Liturgii winno cechować się wprowadzeniem w specyfikę danej Eucharystii, powinno mieć w sobie intencję, za którą kapłan, lub kapłani – w przypadku Mszy Świętej koncelebrowanej, a także pod koniec powinno podprowadzać do kolejnego elementy Obrzędów Wstępnych Eucharystii – aktu pokutnego, o którym jednak za chwilę. Trzeba bowiem tu jeszcze zaznaczyć, starając się wyczerpać temat do cna, że z samej semantyki języka również nie jest obojętne, jak takie wprowadzenie należy konstruować. Otóż powinno się wprowadzenie konstruować w pierwszej osobie pierwszej liczby mnogiej, tj. MY. To zaś jest o tyle istotniejsze, niż się wydaje, ponieważ właśnie tak mówione wprowadzenie ma na celu zaznaczyć, iż wszyscy obecni na Liturgii – od kapłanów, przez posługujących ministrantów, na Tobie, Czytelniku siedzący w swojej ulubionej ławce kościelnej skończywszy – wszyscy przyszliśmy sprawować Mszę Świętą mocą powszechnego kapłaństwa. Kapłan będzie sprawował Eucharystię w intencji umówionej wcześniej z innymi, Ty – w swojej, którą – nota bene – miałeś wzbudzić w sobie zaraz po zajęciu miejsca w kościele. To jest ostania szansa, aby uświadomić sobie swoją intencję. Wprowadzenie jednak nie jest jeszcze modlitwą samą w sobie, dlatego próżno w dobrym wprowadzeniu szukać zwrotów wprost do Boga, typu „Boże, Ojcze, Panie Jezu, oto jesteśmy…”, etc.

No i zaznaczyłem już kwestię intencji. Właśnie takie wprowadzenie powinno jeszcze mieć ten element „intencjo-twórczy”. Celebrans bowiem powinien nawiązać także do powodu spotkania na danej Eucharystii, czyli za kogo się modli, za co w sumie żyje, bo tak w wielkim skrócie można byłoby powiedzieć. I – jak już też zauważyłeś/aś – to ostatnia szansa, żeby Twoje uczestnictwo na Mszy Świętej, drogi Czytelniku, nie było tylko pójściem na Mszę samym w sobie, ale żeby tej wizycie nadać jeszcze głębszy sens – swoją intencję! Jeszcze będzie taki jeden najbardziej wyrazisty na to moment, ale wtedy już masz do Boga tę intencję realnie zanieść, a nie nad nią się jeszcze zastanawiać, ale co to będzie za moment? Jeszcze Ci to powiem w tym artykule, ale po kolei.

Teraz bowiem pora na AKT POKUTNY. Nie ma Mszy Świętej bez tego kluczowego elementu. Co więcej – już w swojej prastarej historii, Kościół starożytny oświecony Duchem Świętym, cechował się aktem pokuty w swojej celebracji Eucharystii. Pierwotnym takim bowiem aktem pokuty była tzw. prostracja. Jest to najstarsza forma pokutnego aktu, polegająca na „leżeniu krzyżem”. Dziś ten wyjątkowy gest ostał się w naszych czasach zarezerwowany kapłanowi prowadzącemu Liturgię Męki Pańskiej w Wielki Piątek. O tej wyjątkowej Liturgii i tym wyjątkowym kapłańskim geście mówiłem szerzej w artykule o Wielkim Piątku, do którego odsyłam. Idąc jednak już w chronologii nieco dalej zauważyć wypada, że ten gest mógł wykonywać jedynie kapłan, dlatego w swojej mądrości, jeszcze przed czasami trydenckimi i podczas nich, akt pokutny odmawiał już słownie najpierw jedynie wciąż kapłan, ale także z posługującymi, z ministrantami, którzy – szkoleni w łacinie – rozumieli zdecydowanie bardziej wymowę tego i innych zresztą gestów. Taki wówczas odmawiano jeszcze przed stopniami ołtarza, zanim rozpoczynało się stricte Mszę Świętą. Piękny zresztą w swojej wymowie był do stosowany gest, że zanim wejdzie się przed święte ołtarze, kapłan świadomy swojej grzeszności i słabości, będzie prosił Boga, by mógł być godzien sprawować najświętsze z najświętszych istniejących dla niego czynności, czy wypowiadanych słów, czy czynionych rytualnych gestów i ruchów. Wówczas mocno akcentowane było w akcie pokuty odniesienie do natury grzeszności obrażającej Bożą miłość, wyłączającą ze społeczności Świętych, wykluczających zresztą także z samego Kościoła (o miejscach w kościele również zaznaczałem w innym artykule, mówiąc choćby o tym, że grzesznicy i odprawiający pokutę mieli swoje weń miejsce, a precyzyjnie mówiąc – takowe nie bez przyczyny przypominam, że miało miejsce w kruchcie, przed progiem świątyni, co dla porównania kapłańskiego aktu pokutnego przed progiem prezbiterium przytaczam). Co ważne – na Soborze Watykańskim II zajęto się kwestią aktu pokutnego w formie, jaką znasz ja dziś, do odniesienia do obrazy Bożej w swojej grzeszności dodając także wymiar społeczny grzechu, bo ten niszczy przecież nie tylko Twoją relację do Boga, ale także Twoją do drugiego człowieka, wypaczając sens miłości – do Boga, do bliźniego, i do siebie samego, jak głosi Przykazanie Miłości.

Akt pokuty składa się także z kilku niemało ważnych kwestii. Otóż kapłan powinien zachęcić, wezwać wszystkich do takowego aktu w sposób wyraźny, jasno zrozumiały. W akcie pokutnym nie może zabraknąć choćby chwili ciszy, aby dosłownie każdy uczestnik Liturgii, w tym i sam celebrans w tej ciszy mógł sięgnąć do swojego serca, zobaczyć w nim kaleczący je grzech, pociąg do grzechu, żeby uświadomić sobie, że oto my, właśnie tak bardzo grzeszni, słabi, naprawdę będziemy ośmielać się przyzywać do nas samego Boga, Świętego Świętych, jak bardzo jesteśmy tego dosłownie niegodni przez naszą grzeszną naturę. To nie jest czas na rachunek sumienia. Ten w Liturgii Mszy Świętej akurat nie występuje! Kolejnymi elementami będą: oczywiście prośba do Boga o przebaczenie grzechów, i o odkupienie – tzw. absolucję.  Tłumacząc te dwie sprawy wyjaśnijmy sobie jedną rzecz, która gdzieś tam bywa podsłyszana, w jakimś haśle rzucona, a dziś prawdopodobnie, może egzystuje w Twojej głowie, czy w ogóle w opinii publicznej jako nie lada fake news. Kwestią, którą chcę jako wątek poboczny w omawianiu aktu pokutnego jest spowiedź. W ogóle sam termin pokuty zakłada także spowiedź. Ba – jednym z różnych form aktu pokutnego – owszem, jest ich kilka – jest tzw. „spowiedź powszechna”. Pod tym hasłem nie kryje się więc spowiedź, jaką odprawiają wierni na tzw. „zachodzie”, spowiedź powszechna bowiem to nic innego jak następująca forma aktu pokutnego:

„spowiadam się Bogu Wszechmogącemu, i Wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przeto błagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i Was, bracia i siostry o modlitwę za mnie, do Pana, Boga naszego”.

Kapłan zaś w tym i innych formach aktu pokutnego kończy tę spowiedź słowami:

„Niech się zmiłuje nad nami Bóg Wszechmogący, i odpuściwszy Wam grzechy, doprowadzi Was do życia wiecznego. Amen.”

Czytelniku drogi, w swoim życiu spotkałem kiedyś gdzieś zdanie, że odmówienie tej formy aktu pokutnego niesie za sobą odpuszczenie grzechów, precyzyjnie dodam, lekkich. I… to tylko pół prawdy, ale jednak PRAWDY. Otóż – jeśli tak konkretniej się zastanowić, to jednym z warunków dobrej spowiedzi to żal za grzechy. W akcie pokutnym i on występuje. Bez znaczenia, jakiej formy używamy. Idźmy dalej – autentycznie słowami „spowiadam się” zaczęty akt pokutny słusznie nosi nazwę spowiedzi powszechnej. Dlatego wszem i wobec, niech padnie to wreszcie choćby i tutaj, na tej wyjątkowej ambonie świata to, że naprawdę spowiedź powszechna ma działanie odpuszczające grzechy lekkie, grzechy powszednie. To właśnie znaczą także wspomniane wyżej elementy aktu pokutnego, jakimi są prośba o przebaczenie i absolucja, czyli odpuszczenie grzechów. Ale zaznaczam w tym miejscu, że chodzi raptem o elementy(!) aktu pokutnego, a co za tym idzie, każda forma aktu pokutnego ma takowe działanie! Aby jednak nie wychodzić z kratek konfesjonału pozostając w wątpliwościach, czy mówić grzechy powszednie, czy nie – trzeba wymienić wszystkie grzechy, nie taić niczego. Dlatego dobrze jest mimo wszystko powiedzieć WSZYSTKO, no ale o spowiedzi to zdecydowanie też powstanie tutaj niemały felieton, więc nie będę wyprzedzał teraz faktów w tym względzie. Właściwie przy omawianiu punktu aktu pokuty może niegłupim byłoby zaznaczyć postawę ciała, ale jednak odłożę to sobie przy omawianiu kiedyś przyjmowania Komunii Świętej. W każdym razie tylko lakonicznie chcę jednak jasno zaznaczyć, że w Kościele ewoluowała postawa pokutna z tej ongiś prostracji na postawę klęczącą. Miej zawsze z tyłu głowy właśnie to – postawa klęcząca zawsze, podkreślam – ZAWSZE – sama stricte z siebie zakłada postawę pokuty!

Często aktu pokuty towarzyszy także śpiew słów „Panie, zmiłuj się nad nami!”, który dalej będę określał krótko słowem „Kyrie” (czyt. KIRIE). Pochodzenie tego momentu mszalnego nie jest wymysłem ludzkim ot tak, ale stanowi ono wyrażenie biblijne. Konkretnie ten fakt oddaje Pismo Święte, wczytując się choćby we fragment ewangelii św. Mateusza: „A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!(…)” – Mt 15, 22. Źródła pozabiblijne także wskazują na tego typu zabieg słów licznie zgromadzonych ludzi wokół cesarza Imperium Rzymskiego, właśnie w podobny sposób oddając mu cześć, jako swojemu władcy. Co ważne podkreślenia – oba te źródła naprawdę się ze sobą nie kłócą, a nawet stwierdzić wypada, że każdy, kto dosłownie na kartach biblijnych prosi Jezusa o zmiłowanie, to właśnie odnosząc się do Niego jako Pana i Władcę! Historia Kyrie jest więc naprawdę stara. Zachowaliśmy po dziś dzień dosłownie greckie słowa „Kyrie eleison” ze starożytnej litanii, która była odmawiana mniej więcej już w IV wieku naszej ery. Wracając jednak do naszych czasów i momentu, kiedy na Mszy Świętej prosimy o zmiłowanie Boga, to właśnie Kyrie stanowi swego rodzaju akt uwielbienia, wzywania Pana jako naszego Króla, błagania Go o miłosierdzie. Już od czasów Mszy Trydenckiej śpiew Kyrie przeznaczony był do wykonywania przez wszystkich, nawet ten w formie najbardziej złożonej z wielu neum (dawnych nut zapisywanych na czterolinii), reforma posoborowa, wprowadzająca języki narodowe do Liturgii chyba nawet jeszcze bardziej podkreśla znaczenie tego śpiewu, choć nie wolno nam zapomnieć o średniowiecznym pięknie chorału gregoriańskiego, który owo Kyrie wyniósł do cudownej w sztuce i teologii rangi.

Dopuszczalna jest forma, kiedy Kyrie się nie śpiewa, ale należy je wówczas z pełnym szacunkiem i w duchu modlitwy wyrecytować. Kyrie opuszcza się jedynie wtedy, gdy omawiana aklamacja „Panie, zmiłuj się nad nami” była już użyta w akcie pokuty. No właśnie – wspomniałem, że jest kilka form aktu pokutnego, więc w którym wariancie opuszcza się Kyrie?

Jak można napotkać w Mszale Rzymskim formy aktu pokutnego są właściwie cztery. Pierwszy – spowiedź powszechną, już znasz, Czytelniku. Druga forma to dialog kapłana z ludem:

„- Zmiłuj się nad nami, Panie.
-Bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
-Okaż nam, Panie miłosierdzie swoje.
-I daj nam Swoje zbawienie.
-Niech się zmiłuje nad nami…”

Trzecia forma jest wielce specyficzna ze względu na dwie sprawy. Pierwszą z nich jest to, że wśród licznie występujących propozycji w Mszale, kapłan może także zachowując wszelkie normy liturgiczne tę formę aktu pokutnego prowadzić swoimi słowami. Jedna z propozycji brzmi następująco, cytując Mszał Rzymski:

„-Panie, który zostałeś posłany, aby uzdrowić skruszonych w sercu, zmiłuj się nad nami.
-Zmiłuj się nad nami.
-Chryste, który przyszedłeś wzywać grzeszników, zmiłuj się nad nami.
-Zmiłuj się nad nami,
-Panie, który siedzisz po prawicy Ojca, aby się wstawiać za Twoim ludem, zmiłuj się nad nami.
-Zmiłuj się nad nami,
-Niech się zmiłuje nad nami…”

I właśnie w tej formie, to jest ta druga sprawa specyficzna tej formie, odpowiadając na zadane akapit wcześniej pytanie, opuszcza się wspomniany również wcześniej śpiew „Kyrie”. Czwartą zaś formą aktu pokutnego jest tzw. aspersja, czyli stosowana w niedzielę lub uroczystości modlitwa nad ludem, po której kropi się go wodą święconą.

W niedziele (poza okresem Adwentu i Wielkiego Postu ku podkreśleniu pokutnego charakteru tych okresów w roku kościelnym) i w każdą uroczystość po Kyrie następuje śpiew starożytnego hymnu „Chwała na wysokości Bogu”, z łaciny „Gloria in exscelsis Deo”, który w skrócie będę określał pierwszym łacińskim słowem „Gloria”. Jest to jeden z najstarszych hymnów w Kościele. Z natury swej ma on ścisłe nawiązanie do wielkanocnego charakteru, nawet mimo tego, że pierwszy raz w roku liturgicznym będzie uroczyście śpiewany w uroczystość Narodzenia Pańskiego, bo – jak już zdążyłem wspomnieć – okres Adwentu, który ten rok kościelny rozpoczyna, jest go pozbawiony ku podkreśleniu pokutnego charakteru tych czterech tygodni adwentowych. Przy czym pomijając tzw. Msze Roratnie i uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Według „Sakramentarza Gregoriańskiego” dawniej zwykły kapłan mógł śpiewać hymn Gloria tylko podczas świąt Zmartwychwstania Pańskiego, natomiast przez cały rok mogli wykonywać go jedynie biskupi. Dziś, poza niedzielą i uroczystością, czy świętem, śpiewa się go także po prostu dla podkreślenia uroczystego charakteru danej Eucharystii, np. na rozpoczęcie roku szkolnego, etc. Gloria jest hymnem liturgicznym o charakterze wybitnie teocentrycznym i chrystocentrycznym. Gloria powinna być śpiewana i odmawiana – bo można ją wszakże recytować – tylko i wyłącznie w postawie stojącej. Hymn śpiewać powinien cały zgromadzony lud Boży, ale przy obecności chóru, może być wykonywany przez niego na przemian z ludem, jak i sam chór. Nie wiem, jak Ty, drogi Czytelniku, ale ja osobiście byłem, a i nawet w chórze śpiewałem, jak wykonywany właśnie chóralnie hymn Gloria nadaje jedyne w swoim rodzaju znaczenie Glorii, wskazują na podniosłość i rangę danej Eucharystii. W objawieniach licznych świętych, którym dane było poznać w pełni znaczenie kaździutkiego elementu Eucharystii, na czele z moją ulubioną w tej dziedzinie mistyczkę i wizjonerkę Catalinę Rivas, którą nieraz będę przytaczał w swoich eucharystycznych felietonach, każdy jednogłośnie widział, jak ten hymn wykonują razem wszyscy, tj. zgromadzeni na Mszy Świętej ludzie, jak i cały Świat Niebieski – Maryja, Archaniołowie, Aniołowie i Wszyscy Święci. Myślę więc, że choćbyś dopiero co spał, był zmęczony po całym dniu i w każdym innym stanie psychosomatycznym – warto właśnie ten hymn śpiewać, jak tylko potrafisz i uczestniczyć w tym tak wielkim uwielbieniu Boga.

Po omawianym śpiewie Glorii, lub – jeśli hymn się opuszcza to po Kyrie – następuje, nie przesadzając ani trochę, najważniejsza modlitwa Kościoła podczas Eucharystii – KOLEKTA. Doszukując się pochodzenia tej modlitwy, szukając sensu w określeniu jej nazwy, nie istnieje tak naprawdę jednoznaczna opinia na ten temat. Niektóre bowiem naprawdę mądre kościelne głowy twierdzą, że termin ‘kolekta’ jest pochodzenia rzymskiego. Inni, równie mądrzy i oddani Panu Eucharystycznemu reprezentują pogląd, że ta wywodzi się z modlitwy odmawianej nad zebranym ludem w tzw. ongiś kościele stacyjnym. Ten znowuż był świątynią, lub fragmentem znaczniejszej świątyni, w którym się gromadzono, żeby później, po odmówieniu kolekty (opatio od plebem collectam), przejść uroczyście w procesji wspólnie do kościoła, w którym sprawowana miała być już sama Liturgia. Kolekta bywa także nazywana, zresztą słusznie, „modlitwą dnia”, czyli w danym dniu realnie najważniejszą modlitwą. Kolekta zaś to mniej więcej tyle, co konkluzja. Oznacza ona modlitwę końcową (kończy bowiem obrzędy wstępne) lub zbierającą (od łac. Colligere – zbierać razem). Stąd można powiedzieć też, że podczas uroczystej Mszy Świętej są dwie kolekty: pierwsza to właśnie omawiana modlitwa, druga zaś, pół żartem, pół serio, to po prostu taca, również nazywa kolektą, właśnie ze względu na semantykę języka, świadczącą o „zbieraniu”. Wracając zaś już poważnie do modlitwy kolekty, to – jeśli dobrze, Czytelniku to zauważyłeś/aś, jest to de facto pierwsza oficjalna modlitwa celebransa, jako tego, który przewodniczy danemu zgromadzeniu Kościoła na Eucharystii.

Żeby nie było tak łatwo, to sama kolekta również składa się z kilku części:

  • Wezwanie do modlitwy
  • Chwila ciszy
  • Oracja
  • Potwierdzenie.

Wezwanie do modlitwy, wyjątkowe na Mszach Świętych, to nic innego jak śpiew, lub czytanie słowa: „Módlmy się”, jakich używa kapłan. Wskazuje on wtedy dosłownie na to, że obrzędy opisujące, czy wyjaśniające, czy symboliczne właśnie się skończyły i zaczynami wreszcie dosłownie się modlić. Po wezwaniu następuje chwila ciszy, jakże ważnej i potrzebnej! Bodaj przy omawianiu swojej intencji kilka felietonów wcześniej, jak i zaznaczałem to bliżej początku niniejszego, ta cisza jest po to, aby uświadomić wiernym, że stoją w tej dokładnie chwili w obecności samego Boga i właśnie w tej ciszy trzeba temu Bogu wypowiedzieć swoją osobistą modlitwę intencji. Jakże ubogo może się stać w kościele, kiedy celebrans nie robi tej ciszy, albo robi ją naprawdę króciutką! Oczywiście, nie chodzi o to, żeby cisza zajmowała sporo czasu, niewspółmiernego do potrzeby, po wówczas prędzej pojawią się myśli wręcz absolutnie niezwiązane z modlitwą, jak np. gotujący się może w domu obiad, czy układanie, co jeszcze czeka mnie dziś podczas tego dnia, czy wieczoru. Ale cisza MUSI BYĆ! I musi być ona na tyle trwać, aby każdy miał okazję, szansę wypowiedzenia tej swojej intencji, która tego konkretnego człowieka przywiodła do świątyni, jak i sam celebrans właśnie w tym czasie winien zanieść swoją intencję, za którą wierni przecież go utrzymują! Na tym właśnie polega to „zbieranie”, ta właśnie nazwa „kolekty”. Właśnie kończąc tę ciszę zbierającą wszelkie modlitwy, kapłan z uniesionymi rękoma, niejako dźwiga w tym momencie ciężar tych modlitw, aby kończąc modlitwę złożył ręce, na znak, że te modlitwy złożył właśnie przed Bogiem.

No ale zanim modlitwę skończy, to zaznaczmy, że po tej chwili ciszy następuje już precyzyjna oracja. Nie może w niej zabraknąć kilku elementów. Pierwszym z nich jest wezwanie skierowane zawsze do Boga Ojca. Mszał Rzymski zawiera raptem dwie tylko kolekty, które są skierowane bezpośrednio do Jezusa Chrystusa. Pierwszą taką w chronologii napotkaną jest kolekta z 24 grudnia, z tzw. wówczas Mszy Porannej: „Panie Jezu, przyjdź szybko i nie zwlekaj, aby radość z Twojego przyjścia podniosła na duchu ufających Twojej dobroci. Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.” Drugim zaś taki przypadkiem będzie uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, kiedy napotkamy taką kolektę: „Boże, Ty w Najświętszym Sakramencie zostawiłeś nam pamiątkę Swej męki, daj nam taką czcią otaczać święte tajemnice Ciała i Krwi Twojej, abyśmy nieustannie doznawali owoców Twego odkupienia. Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.” – często używaną także jako modlitwę kończącą adorację, tudzież wystawienie Najświętszego Sakramentu. W każdym razie wezwanie może szybko przejść w anamnezę albo w dziękczynienie np. „Boże, Ty zesłałeś na świat Swojego Jednorodzonego Syna (…)” – gdzie w tym przykładzie mamy do czynienia z anamnezą wcielenia.

Po wezwaniu następuje konkretna prośba, jedna lub więcej, poparta częstokroć motywacją prośby. Niech na poparcie tych słów będzie przykład kolekty z poniedziałku drugiego tygodnia wielkanocnego. „Wszechmogący, wieczny Boże, ośmielamy się Ciebie nazywać Ojcem, umocnij w naszych sercach ducha przybranych dzieci, abyśmy mogli osiągnąć obiecane nam dziedzictwo. Przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieków. Amen.”. Rozkładając tę kolektę tego dnia na części składowe napotkamy na następujące:

  • „Wszechmogący, wieczny Boże, ośmielamy się Ciebie nazywać Ojcem” – invocatio, wezwanie do Boga Ojca
  • „umocnij w naszych sercach ducha przybranych dzieci” – prośba
  • „abyśmy mogli osiągnąć obiecane nam dziedzictwo” – motywacja
  • „Przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieków. Amen.” – zakończenie.

Właśnie nad tym ostatnim przez chwilę się zatrzymując, to kolekta wyróżnia się długą formą zakończenia modlitwy. Kolekta nigdy nie skończy się krótkim stwierdzeniem: „Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.” – to zakończenie wszystkich pozostałych modlitw Kościoła, ale nie kolekty, co jest wybitnie charakterystyczne w tym względzie. Wyżej wspomniałem, że są jedynie dwie kolekty skierowane do Chrystusa bezpośrednio, pozostałe do Boga Ojca. Wspominam o tym ponownie, bo wówczas to zakończenie kolekty może się różnić właśnie zależąc od, de facto, do kogo kolekta jest de facto kierowana. Prawie zawsze będzie to zakończenie brzmiące następująco:

„Przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieków. Amen.” 

W cytowanych dwóch przypadkach wyżej zakończenie brzmi zaś następująco:

„Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.”.

Jest jeszcze jeden wariant, kiedy kolekta jest faktycznie skierowana do Boga Ojca, jednak na samym końcu prośby, czy motywacji wspominany będzie Jezus. Wówczas kapłan zakończy kolektę w sposób następujący:

„Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.”.

Ja wiem, że może to naprawdę drobny szczegół, no ale przede wszystkim moja motywacją całej tej tutaj mojej działalności pisarskiej jest Twoje lepsze przeżycie Mszy Świętej, kochany Czytelniku, więc tym jedynie argumentuję sam siebie w tej swojej szczegółowości, która rozpycha długość tego tekstu do monstrualnych zaraz rozmiarów.

Jednakże tak apropos wspomnienia nieco większej objętości swoich dywagacji o obrzędach wstępnych Eucharystii to właściwie powoli lądując, niczym porządny kaznodzieja w kazaniu, zauważyć chcę jeszcze aklamację kończącą kolektę, a i tym samym wszystkie obrzędy wstępne, jaką jest AMEN. "Amen" wypowiada zawsze zgromadzenie ludu Bożego na Eucharystii. I jeśli nie liczyć „Amen”, jakie pewnie powiesz lub pomyślisz, czyniąc znak krzyża wchodząc do kościoła, czyniąc znak krzyża już wspólnie ze wszystkimi na znak krzyża razem z celebransem, i ewentualnego „Amen” w Glorii, to to jest czwarte lub trzecie, po nim jest ich jeszcze sporo, jak np. wspomniane „Amen” wypowiadane tym razem przez kaznodzieję, czy „Amen” z modlitwy powszechnej, i jeszcze z kilkunastu pozostałych, to nie będzie niczym błędnym stwierdzić, że chyba to wypowiadane lub śpiewane po kolekcie właśnie jest pierwszym o tak ważnym znaczeniu, wespół z „Amen” z doksologii, do której jeszcze przed nami długa droga, czy „Amen” przy przyjmowaniu Komunii Świętej. To „Amen” kończące kolektę, czyli zbiórkę intencji wszystkich ludzi, w tym i Twoją, Czytelniku, a wówczas Uczestniku Mszy Świętej, jest jakby kropką nad „i”, wykrzyknikiem do tej prośby, zaakcentowaniem, że naprawdę pragnę, aby ta moja intencja się spełniła, ta moja modlitwa została wysłuchana, przyjęta, jeśli zgadza się z wolą Bożą. To poniekąd moja zgoda na wszystko, co w realizacji tej intencji spotka mnie samego za wolą Bożą.

No i dotarliśmy do końca całkiem istotnej, jak może zauważysz, integralnej części Mszy Świętej. Może nie stanowi ona głównego dania w tym Bożym menu, ale jednak jest zarazem wejściem do tej Bożej restauracji, zamówienia miejsca przy konkretnym stoliku, dostaniem karty dań, a i w tym przykładzie to i nawet otrzymaniem pewnej maści aperitif, która ma na celu pobudzić apetyt, żeby zjeść więcej, zjeść smaczniej, mieć radość z tej uczty. Ciężko byłoby raczej zjeść nie wiadomo jak pięknie podanego i smakującego wybornie głównego dania bez choćby stolika, nie wspominając o sztućcach, obrusie, kieliszkach, o całej tej infrastrukturze, która ma przynosić radość także dla oka i innych zmysłów. Identycznie ma się sprawa właśnie z tą jedyną w swoim rodzaju Ucztą Miłości – Eucharystią. Dlatego kończąc dzisiejsze wypociny mam do Ciebie prośbę, kochany Czytelniku – postaraj się nie spóźniać na Mszę Świętą, postaraj się także maksymalnie obudzić i pobudzić wszystką Twoją istotę wewnętrzną, myślącą, dostrzegającą i wyciągającą wnioski, żeby przez rozum, dojść w swoich przeżyciach także i do serca, do głębokości swego ducha, żeby do maksimum wykorzystać ten Boży czas eucharystyczny. Wycisz się, uspokój, wytęż wewnętrzne „ja”, żeby wyjść jako „My” – Ty i Bóg Ci błogosławiący wszędzie, gdzie Go zabierzesz ze sobą.

"AMEN"

Komentarze

Inne "wypociny"